czwartek, 13 marca 2014

Rozdział 20




ROZDZIAŁ 20
Wielki Budowniczy

   Echo tych słów, które w mroku wydawały się nienaturalnie głośne, umilkło, a Wiktor ze zdumieniem odkrył, że wydobyły się one z jego własnych ust.
   - Też tak sądzę - zgodziła się z nim blada dziewczyna. - Tylko najpierw przejdźmy do komnaty obok.
   Wyszli zza kolumny, która, jak teraz zdali sobie sprawę, nie była kolumną, tylko wielkim posągiem. Drogi, zresztą krótkiej, nie oświetlała już pochodnia, ale kaganek.
   Skręcili w jedną z odnóg, dopiero po chwili uświadomili sobie, że bardziej pasuje tu określenie nawa. Przeszli przez drzwi i stanęli.
   Chłopak zaczął zapalać świece, a milcząca dziewczyna poprowadziła ich do kilku wielkich poduch, służących zapewne do siedzenia, co też uczynili.
  Sala, rozświetlona mizernym, migotliwym blaskiem, prezentowała się... smutnie. Była najwyraźniej składowiskiem, graciarnią i śmietnikiem. Przy ścianach piętrzyły się płótna, gobeliny, stosy spróchniałego drewna, które być może było kiedyś ważne, a teraz nie nadawało się nawet do spalenia. Fragmenty posągów, oplecione całunem pajęczyn, rzucały niepokojące cienie, a kawałki metalu, plączące się pod nogami, były bardzo pogiętymi naczyniami. Wśród nich dawało się również zauważyć kilka dzwonków oraz małych rozmiarów gong. Wszystko to pokryte nierówną warstwą kurzu.
   Kiedy już rozlokowali się, gdzie kto chciał, blada dziewczyna przeszła do rzeczy.
   - Witamy was w niekoniecznie naszych, niekoniecznie skromnych progach. Ten tam, to Lucifer, do niedawna Abdon, to jest moja siostra, Lilia, a ja nazywam się Viola. Jesteśmy częścią, dość licznego, społeczeństwa, które nie zgadza się z obecnym reżimem. Jednak zamiast uciekać, co jest trudne, ale wykonalne, zostaliśmy tu i pomagamy tym, którzy potrzebują pomocy. To w sumie każdy, ale nie każdy zdaje sobie z tego sprawę.
   - Kilka pytań - powiedziała Emilia. - Gdzie my właściwie jesteśmy, o co tu do cholery chodzi i jak możemy się stąd, w sensie z tej polis, wydostać?
   - Ja mam jeszcze jedno - dorzucił się Andrzej. - Co tu się wyrabia? Kogo lub co czczą ci ludzie?
   - I jeszcze - kontynuowała litanię Juwenalis - dlaczego właściwie czczą?
   - A poza tym... - chciał dołożyć Lederg, ale Viola mu przerwała.
   - Dobrze, rozumiem, że chcecie wiedzieć wszystko. W takim razie zacznijmy od początku. Dawno temu, kiedy, jak sądzę, w tej okolicy było całkiem sporo ludności i wyglądało tu też inaczej, i chodzi mi oczywiście o przyrodę - zadumała się na chwilę.
   - W każdym razie - kontynuowała - tak mniej więcej dwieście lat temu spadł na tę krainę gniew boży. Wielki Budowniczy Świata zdenerwował się i postanowił ukarać nieposłuszny mu lud i zesłał Gorejący Głaz, tak na przestrogę. Jak się pewnie domyślacie dużo żywych stało się martwymi, po prostu cud. Spłonęło doszczętnie wszystko w promieniu wielu mil. Była akurat pora sucha i doszłoby do jeszcze większych zniszczeń, na szczęście, no, jakie takie szczęście, burza piaskowa przywiała idealny materiał gaśniczy, piasek. Rozwiała też użyźniający popiół, a beduini wypasający swe stada w tych okolicach załatwili sprawę roślinności. Wracając do tematu, pożar nie przemieszczał się szybciej od wiatru. Brzmi dziwnie, bo przecież wiatr pomaga w rozprzestrzenianiu się ognia, ale głównie dzięki tej burzy, nie doszło do spalenia całego kontynentu.
  Na miejscu ocalała niewielka grupka osób, wśród nich córka pewnego człowieka o zapędach dyktatorskich. Owego człowieka nie było w okolicy, kiedy to się zdarzyło, ale z radością skorzystał z okazji i, gdy co mądrzejsi, w przeciwieństwie do tych, którzy się nie ewakuowali, wracali, aby zobaczyć co się stało z całym ich dobytkiem, tyran ten wystąpił z płomienną mową, w której zawarł błędy ludzkości, większość przykazań, de facto tworzących tutejsze prawo i wprowadził kult ocalałych, wybranych przez Wielkiego, by nieśli wieść o karze i odkupieniu (pod pewnymi warunkami).
   - I ludzie się na to zgodzili? - zapytał z niedowierzaniem Wiktor.
   - Na własnej skórze doświadczyli gniewu bożego, poza tym dyktatorski krasomówca roztoczył przed nimi wizję zbawienia zostałym i kolejne męki do końca świata tym, którzy opuszczą święte miejsce. Oczywiście byli tacy, co odeszli, byli też tacy, co zostali i próbowali się zbuntować, wreszcie dostrzegłszy swój błąd. Ci nie cieszyli się wolnością i życiem zbyt długo. W końcu buntownicy przestali wygłaszać swoje mowy na placach i zeszli do cienia, aby działać z ukrycia. Czasami komuś udawało się uciec, opuścić mury tej boskiej metropolii, ale niezbyt często. Pozostali mieszkańcy, jak bezwolne owieczki i potulne baranki żyją w tym bagnie i robią co im się każe, często nie zdając sobie sprawy z tego, że jest to wymysł jednego chorego umysłu - zakończyła, a cała jej cierpka przemowa, od początku do końca, ociekała goryczą.
   - Mówisz, jakbyś sama tam była - zauważyła Weronika.
   - Nie, ja to znam jedynie z opowieści. Moja matula pracowała dla córki dyktatora. Zwierzała jej się ze swoich trosk. Widzicie, ona wcale nie chciała tego co jej ojciec, ale nie miała wyboru.
   - Zaraz... - Mistrzyni wyłapywania najważniejszych i najdziwniejszych kawałków wypowiedzi, Weronika wychwyciła tenże kawałek. - Mówiłaś,że to wszystko wydarzyło się jakieś dwieście lat temu. Jakim cudem twoja matka mogła znać ocalałą córkę dyktatora?
   - Och, nie zauważyłaś? - zdziwiła się Viola. - Jestem elfką, właściwie pół, po matuli. Po części ja sama pamiętam, jak to wszystko się odbywało.
   - Ile konkretnie masz lat? - zapytał Wiktor.
   - Tak z półtora wieku będzie.
   - A jak to się stało, że jesteście w antyreligijnym ugrupowaniu? - Tym razem udzieliła się Emilia.
   - Ja zdecydowałam sama o swym losie. Przyłączyłam się, by walczyć o lepsze warunki bytu mieszkańców, by walczyć o prawa, niosące poprawę sytuacji tutejszej ludności i wreszcie za samych wiernych i niewiernych przykazaniom, choć w większej mierze niewiernym, gdyż ci mają gorzej. Moja siostra nawet nie zdawała sobie sprawy z naszego istnienia i nie znała mnie osobiście. Od matuli tylko wiedziała, że ma siostrę. Chcieli ją ukarać jedynie za pokrewieństwo ze mną. Pewnie pomaga im - tak myśleli. Nie mogłam pozwolić na tortury i śmierć mojej niewinnej siostrzyczki. Tak znalazła się tu Lilia. A Abdon służył u jednego uczonego, który na swoje nieszczęście zawędrował w te strony. Zanim to się jednak stało, uczył chłopca. Teraz Lucifer jest jednym z niewielu wyedukowanych w naszej społeczności. Oczywiście nie jest teraz służącym, ale zazwyczaj niesie światło oraz wiedzę, dlatego nazwaliśmy go Lucifer. Każdy, kto tu się znalazł dokonał samodzielnego wyboru, jak ja, został uwolniony, jak Lilia, albo został sprowadzony tu dla własnego bezpieczeństwa, jak Lucifer i wy.
   - Sądzę, że jesteście zmęczeni. - Po raz pierwszy odezwał się Lucifer. - Już późno. Jutro zastanowimy się co dalej.
  - A jeśli chcielibyśmy odejść stąd jak najszybciej? - spytał Lederg.
   - Konkretnie stąd, czy ogólnie, z miasta? - zaciekawiła się Viola.
   - Ogólnie oczywiście - odparł Andrzej.
   - To będzie trudniejsze, ale jak już powiedział Lucifer, zastanowimy się nad tym jutro - powiedziała Viola.
   - Lilia będzie waszą przewodniczką oraz opiekunką. Zostanie tu z wami i zaprowadzi was, gdzie będzie trzeba. A teraz miłych snów - pożegnał się Lucifer i wyszedł razem z Violą.
   Liliana pogasiła większość świec, podeszła do nich z kagankiem w ręku, usadowiła się na jednej z wielkich poduch i się uśmiechnęła. Poczekała aż się wygodnie ułożą i zdmuchnęła płomyk.
   Zasnęli przy chybotliwym półblasku dwóch świec.
_____________________________________________________
Witajcie! Dzisiaj Światowy Dzień Nerek, więc wszystkim kobietom i mężczyznom życzę zdrowych nerek ;)

piątek, 14 lutego 2014

Rozdział 19




ROZDZIAŁ 19
Porwani


   Przedarli się przez gęstwinę krzaczorów, które brak liści rekompensowały sobie kolcami wielkimi i bardzo bolesnymi.
   Po przekroczeniu tej naturalnej granicy, po definitywnym opuszczeniu przez nich Finem Gard, zdarzyło się jeszcze kilka nienudnych rzeczy.
   Pierwszą z nich było spotkanie bliskiego stopnia z jadowitą damą.
   Weronika, krwawiąc z zadrapań, pierwsza poruszyła temat, który niepokoił ich wszystkich.
   - Coś tu się nie zgadza - zagadnęła. - Na lekcjach zawsze uczyliśmy się, że nie ma tak, że tu jest równikowy, stop, tu jest sawanna, stop, a tu jest pustynia.
   - Co? - zapytał Wiktor, żeby tylko pokłócić się z siostrą.
   - Och, doskonale wiesz, o co chodzi - powiedziała znużona Emilia.
   - Nie ma wyraźnych granic pomiędzy nimi - zacytował Andrzej ich nauczycielkę geografii. Przyszło mu to o tyle łatwo, że rzeczona kobieta mówiła niemal basem. - Zdaje się, że to miałaś na myśli.
   Weronika potaknęła.
   - No, a tu jest trawa po pas i nagle, bum! Półpustynne krzaczki.
   Idącej w tyle Juwenalis wpadło w oko coś dziwnego. Lederg, który szedł przed nią miał dziwny pakunek.
   - Lederg- zaczęła niepewnie - czy ty masz ze sobą drwa?
   Czoło pochodu odwróciło się, a Gaudencja wychyliła się zza pleców blondynki. Chłopak poczuł się trochę nieswojo.
   - Tak, to jest drewno, przeznaczone na opał - rozwiał wszelkie wątpliwości.
   - Po co ci drewno na pustyni - zapytała delikatnie Gaudencja.
   Na pustyni, jak powszechnie wiadomo, jest albo gorąco, albo skwar, nie zamierzali rozpalać ognisk, w celu pieczenia mięsa, które w wysokiej temperaturze i tak szybko by się zepsuło, tym bardziej nie pojmowali zachowania Ledrega.
   Nagle Emilia doznała olśnienia.
   - Idioci - skomplementowała siebie i bliskich
   - O co ci chodzi? - spytał Andrzej.
   - Amplituda - jęknęła ta olśniona. - Dzienna! - dodała, jakby to pogarszało sprawę.
   Weronice, która rozumiała się z przyjaciółką w pół słowa, przypomniały się odległe lekcje w szkole.
   - O matko - wyszeptała ze zgrozą. - To spada poniżej zera.
   Teraz nawet Andrzej i Wiktor zrozumieli, że różnica temperatur na pustyni w ciągu doby jest duża. Ba! Bardzo duża.
  Przebyli już duży dystans i pora była bardziej wieczorna, kiedy dotarli do jakichś skał, Weronice niebezpiecznie przypominały one Lwią Skałę, i postanowili tam się przespać.
   Mieli zamiar rozbić obóz, kiedy usłyszeli w trawie ostrzegawcze syknięcie.
  - Kobra - powiedziała dramatycznym szeptem Emilia.
  - Ten wąż, który pluje jadem? - upewniła się Weronika z paniką w głosie. - I kropla tego jadu w oko i się ślepnie? - Weronika nie umiała już poprawnie ułożyć zdania.
   - Mniej więcej - potwierdził Andrzej. - A jak ukąsi, to jakbyś już umarł - dodał grobowo.
   Wiktor nic nie powiedział, bo ze strachu stracił głos.
   Troje mieszkańców tej planety było już daleko. Byli zdania, że od czegoś co atakuje szybko i pluje jadem, kiedy czuje się zagrożone, należy odejść jak najszybciej, żeby temu nie zagrażać.
   Czwórka Ziemian też na to wpadła, ale trochę później.
   Jakby ćwiczyli to od urodzenia, Emilia i Andrzej wdrapali się na skałę za sobą. Równocześnie Weronika obrała najkrótszą drogę do bezpieczeństwa, obiegając skałę. Szczęśliwie dla niej się złożyło, że stała przy krawędzi. W ostatniej chwili Andrzej i Emilia wciągnęli na górę Wiktora, na którego od początku kobra miała oko. W momencie, kiedy stopy chłopaka oderwały się od ziemi, wąż zaatakował. Spóźnił się o dwie sekundy.
   - Było gorąco - powiedział Andrzej, kiedy oddalali się w wielkim pośpiechu od "tej przeklętej skały".
   - Jedyne miejsce z gęstszą trawą i akurat tam musieliśmy się rozkładać.
   - Chcieliśmy przy skale, a nie na trawie - Wiktor zwrócił siostrze uwagę.
   Obozowisko rozbili dużo dalej, uprzednio dokładnie sprawdzając, czy nie zajmują komuś miejsca.
   Następnego ranka zaraz po obudzeniu i stwierdzeniu, że nie są martwi humor nieco im się poprawił. Poprawił się jeszcze bardziej po zjedzeniu śniadania.
   - Dobra - powiedział Andrzej. - Według mapy tam jest jakaś polis. Po niej długo nie ma niczego. Proponuję iść tam i spróbować zaopatrzyć się lepiej niż jesteśmy teraz.
   Zgodzili się i nie była to dobra decyzja.
   Należy wspomnieć, że na Imasekai nie ma bogów, kilku ani nawet jednego, za to wierzy się w los, szczęście, nadzieję i tym podobne.
   W moment po wkroczeniu na teren polis, chociaż również przed wkroczeniem można było dostrzec subtelne wskazówki, dla całej siódemki stało się jasne, że coś jest nie w porządku. Po pierwsze przy bramie, a raczej przez całe ogrodzenie, ktoś wypisał zasady, które można było nazwać tylko przykazaniami. Po drugie zaraz po przekroczeniu bramy w oczy rzucił im się wielki budynek, stojący w samym centrum, który ewidentnie był świątynią. Jeszcze jednym mogącym pomóc faktem było to, że trafili na czas modlitwy. Ludzie na ulicach trzymali się za ręce i jednym głosem prosili o wybaczenie. Oczywiście mogło to być przedstawienie albo masowa egzekucja, coś jednak podpowiadało im, że to nie to.
   Trochę pożałowali, że zgodzili się zostawić wierzchowce i broń przy bramie, ale kiedy mili i bardzo groźnie wyglądający strażnicy proszą, lepiej wykonać polecenie. Pożałowali jeszcze bardziej, kiedy wrócili do bramy, która okazała się zamknięta na głucho, a ich środki transportu zniknęły. Ktoś przykleił tam karteczkę, informującą o tym, że strażnicy odeszli ze stanowisk, by oczyścić ducha i wrócą za godzinę.
   - Super - powiedziała Weronika. - Jeszcze przez co najmniej godzinę będziemy sterczeć tu jak te kołki.
   - Wiecie co? Lepiej wtopmy się w tłum - zaproponowała Gaudencja. - Złapcie się za ręce - dodała, kiedy nic nie zrobili.
   - Po co? - zapytał Wiktor, próbując wyrwać rękę z uścisku dziewczyny.
   - Wiktor! - syknęła Juwenalis. - Jeśli przez ciebie trafimy za kratki, nie daruję. Zacznij. Się. Modlić!
   Mężczyzna, bardzo podobny z wyglądu do strażników, szedł w ich stronę i wyraźnie było widać, że jego zadanie polega na zapewnieniu modlącym się odpowiednich warunków. Jeśli ktoś się nie modli znaczy, że czegoś mu brak, na przykład kilku siniaków. Na szczęście w połowie drogi się rozmyślił. Choć mogło mieć to coś wspólnego z tym, że Wiktor zaczął się zachowywać jak dowolna siła wyższa nakazała, było bardziej prawdopodobne, że zauważył dwójkę chłopaków, którzy przebiegli mu drogę i uznał ich za pilniejszy przypadek.
   Kiedy chwilę później wrócił i nie zobaczył tych bezbożnych dzieciaków, uznał, że powinien na chwilę siąść w cieniu i poczekać, aż przestaną przywidywać mu się niewierni. Zwłaszcza po tym, jak ci dwaj biegający chuligani w jego oczach rozwiali się w piasek.
   Tymczasem siedmioro podróżników było w samym środku tłumu. Dołączyli się do pewnej kobiety i teraz czekało ich najcięższe wyzwanie. Mianowicie wytrwać z uniesionymi rękami przez pół godziny. Tak to już jest, że prosząc o wybaczenie musisz odpokutować.
   Po dziękczynieniu ludzie rozeszli się, by zająć się swoimi zwykłymi sprawami.
   Weronika potrząsała rękami, jakby próbowała zrzucić z siebie pająki. Narzekała przy tym, że jeszcze chwila, a przez brak krążenia trzeba by było amputować jej dłonie.
   - Skoro modły już zakończone możemy dobrać więcej wody. - Wiktor rozglądał się za jakimś targiem, bazarem, straganem, ale nic takiego nie znalazł.
   - Gdzie tu można pohandlować? - spytała Juwenalis jakiegoś przechodnia. Przechodzeń spojrzał na nią jak na wariatkę i uciekł.
   - To co? - rzucił Lederg. - Pozwiedzamy?
   Wszyscy czuli, że nie jest to dobry pomysł. Za to z drugiej strony zaczęło im się wydawać, że się zgubili. Wielki budynek świątyni był widoczny z każdego miejsca, ale kiedy próbowali do niego dotrzeć za każdym razem natykali się na ślepe zaułki.
   - Zaczynam mieć tego dość - powiedziała trzeci raz w ciągu minuty Gaudencja.
   - Ja już od dawna mam tego dość - odpowiedziało zgodnym chórem ośmioro głosów.
   Zaczęli się rozglądać. Stali w kolejnej uliczce. Za sobą mieli mur, po bokach kamienne ściany, a przed sobą wyjście. Nie zauważyli nikogo.
   Nagle z ciemnej plamy przy murze wyszła dziewczyna, z góry zeskoczyła druga, a z ziemi wyskoczył chłopak.
   Wędrowcy patrzyli na to oniemiali.
   - Nie jesteście stąd - stwierdziła dziewczyna, która wyszła z cienia. Była niezwykle smukła i poruszała się z gracją. Miała gęste brązowe włosy i bladą karnację, jak na tutejsze standardy była zdecydowanie za jasna. I, jak zauważył Wiktor, miała oczy jak Elizabeth Taylor.
   - Zabierzemy ich do nas? - zapytał chłopak. On miał przeciętny wygląd, czarne włosy, brązowe oczy.
   - Jasne, dobrze, że znaleźliśmy ich pierwsi. - Najwyraźniej blada dziewczyna dowodziła.
   - Ej, moment! O co chodzi? - zawołał Ledreg.
   - Ciszej - poradziła mu przywódczyni. - Inaczej nas znajdą.
   - Właźcie - powiedział chłopak i zapadł się pod ziemię.
   Weronika ostrożnie podeszła do miejsca, w którym zniknął. Znalazła tam dziurę. Ciemną i wyglądającą na bezdenną.
   Pomedytowała nad nią chwilę, wzięła głęboki oddech i skoczyła.
   To była pochylnia. Zjeżdżalnia o małym kącie nachylenia, by można było wejść na nią bez większego wysiłku, wystarczającym jednak, żeby zjechać.
   Jazdę zakończyła w chłodnym - co za ulga - mrocznym korytarzu. Ściany były wykonane z piaskowca, a co jakieś pół metra tkwiły w nich uchwyty na pochodnie. Co nie znaczy, że pochodnie znajdowały się w tych uchwytach. Właściwie Weronika widziała tylko dwie, i obie trzymał nieznany jej z imienia, i innych aspektów także, chłopak.
   Kiedy już wszyscy trafili na dół, a nie było to zbyt skomplikowane, ruszyli korytarzem. Na czele szedł ten chłopak, zaś pochód zamykały te dziewczyny, jak ich zaczął w myślach nazywać środek kolumny. Wkrótce przekonali się, że są w podziemnym labiryncie. Wszystkie korytarze zdawały się identyczne, a ciemność tylko pogłębiała to wrażenie.
   Po kilku miesiącach, chociaż naprawdę minął tylko kwadrans, dotarli do większej sali. Była akurat na tyle duża, że mogli stanąć koło siebie i jeszcze mieli trochę luzu.
   Milcząca dziewczyna podeszła do ściany i po chwili z sufitu zsunęła się drabina.
   Na górze panował taki sam półmrok jak niżej, ale czuli, że ta sala jest dużo większa.
   - Myślę, że nadszedł czas na wyjaśnienia. - W tych ciemnościach zabrzmiało to głośniej niż powinno.
_____________________________________________________________
Wszystkim singlom, singielkom i sparowanym miło spędzonych walentynek życzę ja :*

wtorek, 21 stycznia 2014

Rozdział 18




ROZDZIAŁ 18
Wielbłądzie kłopoty


   Wczesnym świtem, o siódmej rano, pożegnali się z Radzimem i petrippusami, pogłaskali lwa, łagodnego jak baranek i ruszyli w dalszą drogę.
  Po niedługim czasie Emilia zaczęła kichać. Wkrótce prezentowała sobą obraz nędzy i rozpaczy. Zasmarkana, z zaczerwienionymi oczami, wyglądała jakby nie do końca wiedziała co się z nią dzieje.
   Na szczęście wjeżdżali już do następnej polis.
   - Pilnujcie swoich rzeczy - poradził im Lederg. - Tu szkolili się, i zapewne szkolą nadal, najlepsi złodzieje świata.
  - A oprócz tego najlepsi akrobaci świata! - dodała z zachwytem Gaudencja. - Przecież jesteśmy w Souplesse Gard.
   - Tak. Jednak lepiej wyjedźmy stąd jak najszybciej.
   - Aaaaaaaaa...psik!!!!! - odparła Emilia.
   - Najpierw zróbmy coś z nią - zaproponował Andrzej.
   - Zakichane wielbłądy - wyjęczała Emilia i natychmiast kichnęła.
   W tym momencie jej wielbłąd ryknął.
   - Jedno z dwojga - stwierdził Wiktor. - Albo on też ma na ciebie alergie, albo powiedział ci "na zdrowie".
  - Ha, ha, ha - powiedziała grobowo Emilia przez zatkany nos. - Strasznie śmieszne. Jak ty będziesz w takim stanie, to zobaczymy, czy też będzie ci do śmiechu. Wtedy porozmawiamy.
   Po tej groźbie nikt się nie odzywał. Andrzej i Wiktor stracili ochotę do dowcipkowania, a to nieczęsto im się zdarzało. I tak, dzięki Emilii, przemieszczali się w milczeniu przez Souplesse Gard.
    Cokolwiek by o nim mówić, jedno trzeba przyznać - to miasto miało oryginalne rozstawienie budynków.
  Właściwie wyglądało tak, jakby dziecko rozsypało na podłodze klocki, a później, zmuszone przez rodziców, z powrotem wrzuciło część z nich do pudełka, resztę zostawiając w niejakim rozproszeniu.
   Mijali skupiska domków w jednym miejscu, poustawianych tak, że osoba o większej tuszy miałaby problem z przejściem między budynkami, poprzez pustą przestrzeń dochodzili do następnych trzech chat, usytuowanych w większej odległości od siebie. Znów niezagospodarowany teren i jeszcze raz zbita grupka kamiennych prostopadłościanów.
   Okazało się, że Lederg miał rację i należało szybko opuścić to miejsce, póki jeszcze mogli.
   Przemierzali powoli polis, podziwiając chaos architektoniczny i poszukując miejsca, gdzie mogliby pomóc Emilii, kiedy zatrzymała ich przemiła dziewczyna. Skorzystali z okazji i poprosili ją o pomoc.
  Jak później wyszło na jaw, dziewczyna miała tylko odwrócić ich uwagę. Kiedy ona ich zagadywała, podkradł się do nich chłopak. Ale jak! Bezszelestnie, bezwonnie i bezwidocznie. Każdy zawodowiec byłby zazdrosny, a chłopak z pewnością był młodszy od Juwenalis, ewentualnie w tym samym wieku.
   Dopiero Weronika zorientowała się, że coś jest nie tak. Krzyknęła i złapała chłopaczka za ramię. Ten jednak się wyrwał i uciekł, a za nim dziewczyna.
   - Sprawdźcie, co ukradł - poleciła natychmiast Juwenalis.
   - A nie mówiłem? - zapytał z tryumfem Lederg Gaudencję, ale szybko zgasiła go Emilia.
   - Skoro doskonale wiedziałeś, że to się stanie, to czegoś, łajzo jedna, nie pilnował mienia? - wywarczała, a na zakończenie kichnęła.
  Ledergowi zabrakło słów, na pewno nie chciał przyznać, że gapił się na, bądź co bądź, urodziwą dziewczynę.
   Na szczęście dużo im nie ubyło. Jeden tobołek z zapasami i sakiewka z częścią pazurów gryfa.
   Nie chcieli już ryzykować i wynieśli się z niegościnnej mieściny.
   Pół godziny później dotarli do leżącej niedaleko polis. Nazywała się Finem Gard i wyglądem przypominała Souplesse Gard, lecz bardziej uporządkowane.
   Wreszcie dotarli do karczmy, pewnego źródła informacji. Była ona położona w centrum miasta, jako jeden z czterech budynków, ustawionych na planie trapezu równoramiennego. Na placyku przed nią stała fontanna w połowie przysypana piaskiem i rosły dwie podwiędłe palemki.
   - Wy, trawa się skończyła - powiedział ze zdziwieniem Wiktor, rozglądając się dookoła.
   Od kiedy wysiedli ze statku całą drogę towarzyszyło im to upiorne zielsko, które w najlepszym razie sięgało im po kolana i niesamowicie utrudniało marsz, kryło jadowite węże oraz robale, bardzo lubiące wchodzić za nogawki stojących w miejscu podróżnych. Na terenach zabudowanych nie była tak wybujała, ale teraz, stojąc na piaszczystym placyku, otwartym na świat, gdyż najwyraźniej tu kończył się Finem Gard, pierwszy raz nie widzieli łan trawy. Tylko gdzieniegdzie z piasku wystawały jakieś kępki.
   Nie mogli jednak długo się zastanawiać nad tym zjawiskiem, ponieważ jakieś ciemne typki, siedzące pod karczmą, zaczęły im się przyglądać.
   Po przykrym doświadczeniu sprzed około pół godziny zachowali ostrożność.
   Dwadzieścia minut później Lederg skończył rozmawiać z karczmarzem.
   - Co tak długo? - od razu padło pytanie.
   - A co wy myślicie? Że powiedziałby mi coś za darmo? W sumie dobrze się złożyło, uzupełniłem nam zapasy.
   - Dobra. Jesteś wielkim i wszechpotężnym geniuszem. - Weronika przewróciła oczami. - A teraz mów, co wiesz.
   - Wiem, gdzie iść - powiedział i wyminął Weronikę.

   Emilia, denerwując się lekko, weszła sama do lepianki, takiej samej, jak wszystkie wokół. Na razie wiedziała tylko, że jej "lekarz" ma na imię Alfred i coś jej ta wiedza dawała małe wyobrażenie o właścicielu imienia.
   Nigdy nie była w takim miejscu, ale domyślała się, że tak mogła wyglądać średniowieczna apteka, ewentualnie mieszkanie znachorki.
   Idiotka - pomyślała - przecież ja jestem u znachora.
   Zza zasłony ziół wychylił się mężczyzna. Emilia sama nie była pewna, czego się mogła spodziewać, ale na pewno nie spodziewała się tego.
   Filmy, animowane i nie, robią jednak swoje i, o ile nie zaskoczył jej wygląd samego gospodarstwa, to zaskoczył ją wygląd gospodarza.
   Szamani dzikich plemion zawsze mają długie, najlepiej nieczesane od wczesnej młodości włosy, zazwyczaj dziki wzrok, malowidło na twarzy i, przeważnie, na reszcie ciała również. Czasem noszą maskę, a ich strój pasuje do reszty image`u.
   Człowiek, który ją powitał, był, jak na miejscowego, normalny. Przynajmniej wyglądem nie odstawał od reszty tubylców.
   - Dź-dzień dobry - niemal wyszeptała dziewczyna. W gardle jej zaschło.
   - Tak, dzisiaj jest wyjątkowo miło, ale czym zawdzięczam wizytę panienki. - Był chyba pierwszą, nie, był pierwszą bez "chyba" osobą, która nie zwróciła się do niej na "ty".
   - Mam problem - wytłumaczyła. - Konkretnie straszną alergię i ktoś mi pana poradził, więc... - Alfred uniósł rękę, by przerwać jej słowotok. Suchość w gardle już jej przeszła, teraz, jak zazwyczaj, kiedy się denerwowała, mówiła.
   - Chodź - rzekł Alfred i poprowadził ją w głąb pokoju. Ta chatka miała jedną izbę, jak zauważyła Emilia, a rośliny imitowały ściany.
   Dziewczyna ciekawie rozglądała się wokoło, a właściciel tego przybytku parzył jej herbatę. Przypomniała sobie jedno z pierwszych słów, których się nauczyła po imasekaisku. Było to, kiedy Juwenalis dostała od Weroniki herbatę i upewniła się, czy to jest "napar". Przelotnie zastanowiła się również nad dziwnością zjawiska. Z parą królewską jest na "ty", a do Alfreda zwraca się per pan. Zdążyła jeszcze zauważyć drzwi, w dodatku prawdziwe, drewniane, zastanowić się dokąd prowadzą i dostała napój.
   Spróbowała i omal nie wypluła wszystkiego na podłogę. Przypomniała sobie "Tomka"*. On również został poczęstowany taką "herbatką" przez beduinów, czy kogoś takiego. Zaraz potem stwierdziła, że to nie może być to samo, ponieważ jej jest przeraźliwie gorzkie.
   - Proszę pić, to jest lekarstwo.
  Emilia nie bardzo w to uwierzyła, ale piła dalej.
   - Te zioła muszę sprowadzać - mówił Alfred. - Niestety, nie występują tu naturalnie i nie chcą się przyjąć. Kiedy panienka już wypije, dostanie zapas, żeby mogła przyrządzać je sobie sama. Nie jest to bardzo skomplikowane. Tylko proszę się nie spodziewać efektów od razu, potrzeba dużo czasu, żeby alergia zniknęła.

   - I jak było? - zapytał Andrzej, kiedy po dwudziestu minutach wyszła.
   - Dostałaś coś, co ci pomoże? - dopytywała się Weronika.
   - Tak, zyrtec i allertec - mruknął Wiktor, czym zarobił sobie kolejnego kuksańca w bok.
   Zanim rozległy się kolejne pytania, odezwała się Emilia.
   - Czekajcie po kolei. No to weszłam tam i ten cały Alfred pyta mnie o powód wizyty. To ja mu mówię, w czym rzecz. I on wtedy bierze jakieś wysuszone zielska i robi se herbatę. Daje mi to i mówi, że to lekarstwo. Trochę sceptycznie byłam do tego nastawiona, ale na szczęście już mi lepiej. Muszę to pić dwa razy dziennie, ale to cholerstwo jest obrzydliwie gorzkie. Pytałam się, czy mogę to słodzić, ale on ma do tego stosunek, taki jak Snape*. W dodatku on twierdzi, że można całkowicie wyleczyć z alergii każdego, właśnie tym świństwem, które mam zażywać.
   Podczas tej opowieści doszli pod karczmę, a jako że było jeszcze wcześnie, postanowili iść dalej.
______________________________________________________________
* „Tomek w grobowcach faraonów” oczywiście. Tak, było tam coś takiego. Tych co mi nie wierzą, zachęcam do lektury.
** Książka, o której tu mowa, to „Harry Potter i więzień Azkabanu”. Właśnie w tej części profesor Lupin pił przy Harrym pewien eliksir, nie powiem po co, bo może ktoś nie wie, a profesor Snape mu go przyrządzał. Lupin ubolewał nad tym, że nie może go słodzić, bo cukier niszczy jego moc.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wszystkim babciom i dziadkom wszystkiego najlepszego! Tak samo wszystkim Agnieszkom, Patroklesom (jeśli któreś z Was się tak nazywa, chcę poznać, a potem się chwalić, że znam kogoś o takim imieniu [wiem, jestem be]), Epifaniom (jak wcześniej), Jarosławom, Krystianom, Józefom, Awitom (tu również) i ich odpowiednikom w innych płciach. I w sumie językach też.

wtorek, 31 grudnia 2013

Rozdział 17




ROZDZIAŁ 17
Zwierząt ciąg dalszy


   Podróżując bez dosiadania Pegaza, do następnej polis dotarli dopiero późnym popołudniem, dwa dni po wyruszeniu z Sapun Gard. To miejsce nazywało się Heyvanlar Gard.
   - Co kraj, to obyczaj - mruknął filozoficznie Andrzej, gdy zobaczył mieszkańców.
   Wszyscy ludzie, czy to dzieci, mężczyźni, kobiety byli ubrani w jedną, dwie lub trzy spódnice. Jedną założoną normalnie, drugą, jak bluzkę a trzecią na ramionach, jak pelerynę.
   W dodatku wszędzie panoszyły się zwierzęta. I to nie zwykłe psy, kozy, czy kury, choć i te się zdarzały. Przy jednej chatynce stał sobie słoń, a tuż obok wylegiwał się tygrys. W czyimś ogródku obok siebie na drzewie wisiał leniwiec i koala.
   W tym dziwnym miejscu musieli znaleźć kogoś imieniem Ramu Malwa.
   Nie wiedząc od czego zacząć, podeszli do mężczyzny. Stał w najbliższym ogródku przy sadzawce, a towarzyszyła mu antylopa.
   - Przepraszam - powiedziała Weronika, wchodząc na teren posesji. - Możemy zająć ci chwilkę?
   - Oczywiście - odpowiedział nagabnięty. On też mówił z rosyjskim akcentem, najwyraźniej naturalnym w tym rejonie.
   - Co robisz...? - Emilia zawiesiła głos.
   - Eltur - przedstawił się szybko. - Eltur Maligatora, a karmię mojego aligatora.
   Dopiero teraz zauważyli gada w sadzawce. Weronika cofnęła się kilka kroków.
   Eltur zauważył jej zachowanie.
   - Widzę, że jesteście przyjezdni. Postaram się wam wytłumaczyć... Każde dziecko w wieku trzech lat wybiera sobie towarzysza i obrońcę. Ja wybrałem aligatora, dlatego nazywam się Maligatora, ci co wybrali antylopę, jak moja żona nazywają się Mantilopę. A imię stanowi połączenie pierwszych liter kompanów rodziców. W moim przypadku to byli słoń i żółw*.
   Skądś przybiegło dwoje dzieci. Chłopiec i dziewczynka, bardzo do siebie podobni. Pewnie mieli około siedmiu lat.
   Ciemnowłose rodzeństwo zbliżyło się do nich. Dziewczynka trzymała w objęciach rudego kota, a chłopcu towarzyszyło kociołbe, gepardopodobne stwożenie.
   Dziewczynka, nie wiadomo czemu, z miejsca przylgnęła do Juwenalis.
   - Jak sie nasyfas - zapytała. Nie miała kilku zębów.
   - Juwenalis, a ty?
   - Ala Makota - powiedziała i pokazała swojego kociaka.
   Nagle Andrzej, Wiktor, Weronika i Emilia, z niewiadomych przyczyn, dostali ataku kaszlu, chrząkania, parskania i kichania. Robili wszystko, żeby zamaskować swój śmiech, wywołany, nie tyle samym imieniem, co tonem jakim zostało wypowiedziane.
   Emilia odkaszlnęła ostatni raz i spytała brata Ali o imię, bo była strasznie ciekawa co to za zwierzę mu towarzyszy.
     - Alan Maservala.
     A więc serwal - pomyślała.
   - Szukamy Ramu Malwa - powiedział Wiktor, niepewny, czy nie powinien odmienić nazwiska. - Nie wiecie, gdzie można go znaleźć?
    - Powinien być teraz u siebie - odparł Eltur. - Alan was zaprowadzi.
   Alan z chęcią wykonał polecenie ojca. Gadał przy tym przez całą drogę z nimi i petrippusami.
  Poczuli wielką ulgę, kiedy doprowadził ich na miejsce. Tak dużo na raz przez pięć minut nie usłyszało jeszcze nigdy żadne z nich. Jedną korzyść z tego odnieśli, mianowicie dowiedzieli się, że jest tu znakomity weterynarz. Dwie ofiary poszły za Alanem razem ze wszystkimi wierzchowcami, a reszta spotkała się z Ramu.
   Ramu okazał się być miły i zaofiarował, że w drodze do pałacu zabierze ze sobą następne trzy osoby.
   Postawił tylko jeden warunek, musieli znaleźć kogoś, kto zaopiekowałby się jego lwem, albo sami zostać, a przynajmniej jedna osoba z ich grupy.
   Chwilę później wrócili Juwenalis i Radzim. Zostali natychmiast powiadomieni o dodatkowym utrudnieniu i ułatwieniu.
   - Ja zostanę - powiedział Radzim. - Pegaz musi odbyć kurację, a pozostałe petrippusy i tak się nie nadają na pustynię. Ja też nie, więc prosta sprawa.
   - Jak sobie chcesz. - Emilia wzruszyła ramionami.
   Ramu zaprowadził ich do miejsca, w którym mogli kupić bądź wypożyczyć wielbłądy.
  Zrobili tylko jeden, wielki błąd. Pojechali tam petrippusami. Co się tam działo, ludzkie słowo nie opisze. Petrippusy wpadły w panikę na widok wielbłądów. Kto widział spłoszonego konia, ten ma jasny obraz tej sytuacji.
   W końcu udało się opanować to piekło, ofiar żadnych nie było i transakcja doszła do skutku.
   Zapadła już ciemność, kiedy umęczeni posłańcy poszli spać.
   Tuż przed samym snem Andrzej wysilił się na żart.
   - Spotkaliśmy Alę Makotę, została nam jeszcze tylko sierotka Marysia.
   Zasnęli z uśmiechami na ustach.
__________________________________________
* W imasekaiskim słoń to elefant, a żółw turtur


--------------------------------------------------------
Szczęśliwego Nowego Roku!!!!!!!!!!!!!!!!
Moje życzenia noworoczne (mam dwie opcje) są takie:
1. opcja - dodajcie do siebie te wszystkie świąteczne, urodzinowe, imieninowe itd. życzenia i jeszcze co tam sami chcecie... I tego wszystkiego Wam życzę ;)
2. opcja - najpierw Wy coś tam pożyczcie mi. Ok, już? No to, NA-WZA-JEM!!!

10... 9... 8... 7... 6... 5... 4... 3... 2... 1...
<kielichy w górę> Happy New York (czy jakoś tak :P)
A teraz lecę, bo trzeba to jeszcze uczcić z ludźmi, którzy z jakichś powodów tu są ;)

piątek, 6 grudnia 2013

Rozdział 16




ROZDZIAŁ 16
Mydlany dzień


   Poczuli ogromną ulgę na myśl, że udało im się ujść z życiem.
  W niewielkiej odległości leżało truchło gryfa. Lederg i Radzim stali nad nim, a Juwenalis klęczała przy Pegazie i z nim rozmawiała.
   - Zaraz. Czy mi się wydaje, czy Pegaz mówi? - zapytał Andrzej.
   - Nie wydaje ci się - odpowiedziała Emilia.
   - Co? Nie wiedzieliście, że petrippusy mówią? - zdziwił się Radzim.
   - Nie. Myślałem, że na niezwykłej inteligencji poprzestają - powiedział Wiktor.
   - Dlaczego cały czas milczały? - spytała Weronika. - I milczą.
   - Bo mówią, kiedy naprawdę jest to potrzebne - wyjaśniła Gaudencja.
   - Pegaz ma zwichnięte skrzydło i dużo wyrwanych, a raczej wygryzionych, piór - oznajmiła Juwenalis. - Reszta cała. To niebywałe szczęście.
   - Zostaniemy tu do jutra, pojutrza maks - ogłosił Lederg.
   Po pewnym czasie przyleciały papugi, które się ulotniły, gdy tylko wyczuły niebezpieczeństwo.
   Nastał wieczór. I to chłodny wieczór. Przyszykowali wszystko na ognisko, ale nie mieli jak rozpalić ognia.
   - Ja nie umiem pocierać patyczkiem o patyczek - zastrzegł Ledreg. - Ja krzemieniami się posługuję.
   - To niedobrze - powiedziała Juwenalis. - Nikt z nas nie ma krzesiwa i nikt nie umie rozpalić ognia inaczej.
   - Jesteście pewni, że on nie żyje? - zapytał Wiktor. - Wolałbym nie zostać zjedzony przez wściekłego gryfa.
   - Zwierzęta są spokojne, ty też byś mógł - Weronika zgromiła brata spojrzeniem.
   - Mamy górę mięcha - ucieszył się Radzim. - Zbuduję ruszt, a wy go wypatroszcie.
   - Tak - zgodziła się jadowicie Gaudencja. - Pominąłeś tylko jeden, drobny szczegół. Nie mamy ognia.
   - Jest pora sucha - Radzim wzruszy ramionami. - Zaraz coś się samo zapali.
   - A ty będziesz czekał i, jak tylko to się stanie, polecisz przytykać gałązkę? - zapytała ironicznie Emilia.
   Weronika pacnęła się w czoło.
   - Słuchaj - powiedziała do Andrzeja. - Zabrałam z domu kilka rzeczy dosyć przydatnych, w tym zapałki.
   - To na co czekasz? Odpalamy.
   - A oni? Myślisz, że na Imasekai mają zapałki?
   - Gdzieś na pewno, a oni nie wiedzą, skąd jesteśmy.
  - Dobra - zwróciła się do pozostałych, wyciągając z plecaka pudełeczko. - Mamy rozwiązanie tego problemu.
   W ciągu minuty ognisko zapłonęło.
   - Przeklęte komary - powiedziała Gaudencja. - Wszędzie mam bąble.
   - Mnie też swędzi całe ciało - odezwała się Emilia. - Łącznie z głową.
   - To z brudu - wyjaśniła Weronika. - Musimy znaleźć jakąś wodę.
   - Tak tylko najpierw trzeba upewnić się, czy nie ma tam żadnego wodnika - roześmiała się Juwenalis.
   - Jak wam chłopaki idzie? - zawołała Weronika.
   - Całkiem nieźle - odparł Radzim.
   Chłopaki właśnie skórowali zdobycz. Okazało się, że na Imasekai dzieci w szkole uczą się takich rzeczy jak polowanie, patroszenie, skórowanie czy przetrwanie, zamiast całek i potęg. Wiktor i Andrzej również zaczęli się tego uczyć.
   W końcu wszyscy usiedli przy ognisku. Czas mijał im na pogawędkach. Wreszcie mięso gryfa było gotowe do spożycia.
   - Strasznie mdłe - stwierdziła Emilia po pierwszym kęsie.
   - Bez smaku - dodała Weronika.
   - Cóż - powiedział Lederg. - Nie ma ziół, nie ma smaku. Ale mięso to zawsze mięso.
   - Jaka filozofia - prychnęła pod nosem Weronika.
  Po spożytym posiłku poszli spać, ale jakoś nikt nie mógł zasnąć. Wiercili się za to i drapali. W pewnym momencie Gaudencja stojąca na warcie powiedziała, dodając kilka słów nieprzystających damie:
   - Przeklęte, zawszone ptaki!
   - O co ci chodzi? - zainteresował się jej brat.
   - O to co powiedziałam. - wywarczała przez zaciśnięte zęby.
   - O papugi? - zdziwił się Andrzej. - Co one ci zrobiły?
   - Podzieliły się ze mną i wami wszami.
   - Ach te rymy - ziewnęła Emilia, która po przebudzeniu zawsze źle funkcjonowała. - Zaraz, co?!
   - No przecież mówię. Zawszone papugi równa się zawszone człowieki.
   - Fuuuuuuuuuu!!! - krzyknęła Weronika.
   - Tym bardziej trzeba będzie się umyć - zauważyła Juwenalis.
   - I je też - dodał Ledreg.
   - Na razie to możemy się tylko iskać - rzekł Wiktor.
   - Pocieszyciel - mruknęła Emilia.
   - Ale my bystrzy jesteśmy - powiedziała z goryczą Gaudencja. - Po kilku dniach się zorientowaliśmy, żeśmy zarobaczeni.
   - To przez te cholerne moskity - orzekł Andrzej. - I mrówy. I inne ohydy.
   - Eeeeee, Weronika, przestań się bić po głowie - powiedział niepewnie Wiktor.
   - Zabiję to - wysyczała szatynka.
   - Nie dasz rady - zwrócił jej uwagę Lederg.
   - Z góry widziałem rzekę - odezwał się Radzim. - Zdaje się, że to ta od wodospadu, ale pewności nie mam.
   - Walić to! - Weronika przestała wreszcie zabijać wszy. - Grunt, że jest.
   Następnego dnia podzielili się na grupki i polecieli nad wodę.
   Na pierwszą grupę składały się Weronika, Gaudencja, Juwenalis i Emilia.
   Ta ostatnia się rozmarzyła.
   - Tak umyć włosy szamponem i ogolić sobie chociaż pachy - powiedziała do Weroniki.
   - No to spełniamy dziś marzenia. Ja się spakowałam, jak na zwykły wyjazd. Wiesz, szczoteczki, pasta, szampon, te sprawy.
   - Ja cię kiedyś uduszę. Teraz sobie o tym przypomniałaś?
   - W sumie to wczoraj.
   - Awgrrrrr! Dobra. Nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło i na odwrót. Dawaj te przybory toaletowe.
   - Proszę.
   Po dokładnym sprawdzeniu czy w rzece nie ma krokodyli i dużej ilości pijawek, dziewczyny weszły do wody.
   - Ach, jaka ulga - westchnęła Weronika. - Jakie to przyjemne. Ja stąd nie wychodzę.
   - Ty lepiej uważaj na te milimetrowe rybki, co wpływają do ciała - poradziła jej przyjaciółka, a Weronika natychmiast wyskoczyła z wody.
   - Skąd macie płynne mydło? - zaciekawiła się Gaudencja.
   - Z domu - odpowiedziała z brzegu właścicielka płynnego mydła.
   - Wygodne, co nie? - powiedziała Emilia, podając jej szampon.
   - Bardzo - zgodziła się ruda.
   - Dobra ludzie, wychodzimy, bo chłopaki muszą jeszcze papugi utopić. No i się umyć - oznajmiła Juwenalis.

   - Siostra daj no szampon - zaczął nadawać Wiktor, gdy tylko wylądowały. Bóg raczy wiedzieć, jak on się o nim dowiedział.
   - Spadaj. Cały wypsikasz.
   - Obiecuję, że nie.
   - Jak nie ty, to ktoś inny.
   - Oj, no weź.
   Długo toczyli by tę bezsensowną dyskusję, gdyby nie wtrąciła się Emilia.
   - Weronika, błagam, zlituj się i daj mu ten szampon. Uszy puchną i głowa boli od tego jęczenia.
   - Dobra, trzymaj - żachnęła się Weronika. - Ale masz przynieść z powrotem...
   - Ta jasne! - przerwał jej brat. - Jesteś moją ulubioną siostrą. Pa.
   - Ja bym te ciuchy spaliła - zasugerowała Weronika, kiedy już przebolała stratę płynu.
   - Nie przesadzaj - powiedziała Juwenalis. - Są wyprane, starczy im.
   - Czekamy na nich czy już idziemy? - zapytała Emilia.
   - Już chodźmy - zdecydowała Gaudencja. - Wypatrzą nas z góry.
   - Ok - zgodziły się pozostałe.
   - To w którą stronę? - spytała Weronika.
   - Eeeee - rzekła Gaudencja.
  - Czekajcie, polecę do góry i sprawdzę - postanowiła Juwenalis. - Tędy. - Pokazała kierunek po lądowaniu. - Tam są jakieś budynki.

   - Jak to jest możliwe, że jest tak gorąco? To wbrew naturze - wysapała Gaudencja koło południa. - Biedne zwierzęta, muszą nas nieść w tym upale, skwarze i duchocie.
   - Milcz kobieto, bo ci coś zrobię - zagroził jej brat.
   Była teraz jego kolej na samodzielne przemieszczanie się. Z dość oczywistych względów na Pegazie nikt nie jechał, więc ustalili, że będą się zmieniać co pół godziny.
   Lederg na chwilę wzbił się w powietrze.
   - Na moje oko za jakieś trzy godziny i będziemy.
   Pomylił się. Do cywilizacji dotarli po czterech godzinach i trzech kwadransach.
   - Padam z nóg - powiedział Wiktor i, na potwierdzenie tych słów, przysiadł u kopyt Pegaza. Reszta zsiadła z koni.
   - Wiecie gdzie jesteśmy? - W Gaudencje wstąpiła nowa energia. - W Sapun Gard. Największym na świecie producencie mydła.
   - Fajnie. Będziesz mógł mi dokupić zawartość do pustej butelki - wysyczała niczym żmija Weronika.
   Wiktor bąknął coś niezrozumiałego.
   - Róbcie co chcecie, ja muszę się choć raz wyspać - oznajmiła Emilia. - I nie na twardej ziemi, tylko na czymś w stylu łóżka i nie pokrywającym się rosą o świcie.
   Pozostali poparli ten projekt.
   - To trzeba poszukać jakiegoś lokum - stwierdził Radzim.
   - Ciekawe, jak się robi takie mydło - zastanawiał się na głos Andrzej.
  - Nie ma czasu na zwiedzanie - przerwała mu rozmyślania Emilia. - Jak wrócimy do domu, to spytasz internet.
   - A kto to ten Internet? - wciął im się Ledreg.
   - Bardzo fajny gość - odpowiedział Wiktor, zanim ktoś zdołał go powstrzymać. - Zna wujka Google`a i ciocię Wikipedię. Aua, za co? - dodał na zakończenie, bo Weronika wzięła sprawy we własne łokcie.
   - Idioto! - wyszeptała mu wściekle do ucha. - Nie ma takich imion. Nie mieszaj dwóch światów, bo wtajemniczasz niewtajemniczonych i wprowadzasz zamęt.
   Przechodzili właśnie między rzędami drewnianych baraków, a w około nie było widać żywego ducha.
   - Dlaczego tu nikogo nie ma? - zdziwiła się Emilia.
   - Pewnie wszyscy są nad rzeką - stwierdziła Gaudencja. - Zapada wieczór, więc pracują.
   - Aaa, rozumiem. Jesteśmy nie w tej dzielnicy - powiedział Wiktor i znowu dostał w żebra. - Kiedyś ci oddam - obiecał siostrze.
   - Tak, jak ja będę głupio gadać, to tak.
   - A co niby miałem powiedzieć? - rozzłościł się. - W innej części miasta?
   - Tak - powiedział w tym samym czasie Lederg. - To - zawahał się - dzielnica robotników.
   - I właśnie z niej wychodzimy - dodała Gaudencja.
   - Daleko mają do tej rzeki - stwierdził Radzim.
   - Tylko w porze suchej - zauważyła Juwenalis.
   Doszli do mieszkalnej części miasta.
  O ile robotnicy mieszkali w drewnianych barakach, to reszta obywateli żyła w kamiennych, z braku lepszego określenia, domach. Bardziej trafnym nazewnictwem byłoby pudełko albo blok.
   Drzwi to to nie miało wcale. W wejściach wisiały kolorowe szmaty albo paciorki. Wszędzie bawiły się dzieci, a pomiędzy nimi były rożne zwierzęta. Panował ogólny hałas.
   Wzbudzili spore zainteresowanie, ale wędrowcy byli zbyt zmęczeni, żeby silić się na jakieś towarzyskie kontakty.
   W milczeniu dotarli pod drzwi jakiejś karczmy. Była trochę większa od pozostałych budowli, ale również kamienna i pozbawiona drzwi. Nie było nawet szmaty.
   - W czym mogę służyć - zapytał facet stojący za kontuarem. Mówił z rosyjskim akcentem i Wiktor od razu zaczął się śmiać. Na szczęście pod nosem.
   - Idę o zakład, że nazywa się Borys - szepnął do Andrzeja i obaj zachichotali.
   Weronika z westchnieniem odciągnęła ich na stronę.
   - Po pierwsze zachowujcie się przyzwoicie, to jest nie śmiejcie się jawnie z ludzi. Po drugie Borys, to bułgarskie imię, a po trzecie tu wszyscy tak mówią.
   - Skąd wiesz?
   - Bo słyszałam.
   - Nie to. Skąd wiesz, że Borys to bułgarskie?
   - Nie mam pojęcia, ale sądzę, że miał z tym coś wspólnego internet.
   - Oj, chodźcie już - poprosiła Emilia.
   Po dwunastu godzinach twardego snu na, wcale niewygodnym, ale lepszym od ziemi posłaniu, wędrowcy wstali rześcy, wypoczęci i połamani, i natychmiast udali się na zwiedzanie miasta.
    Zwiedzanie miasta polegało na przejście przez główną ulicę w poszukiwaniu targu. Po drodze przyplątała się do nich chyba cała dziatwa tego miejsca i mieli teraz niezłą obstawę. Na szczęście, kiedy mijali równie ściśle otoczonego mężczyznę, który mówił "...a pioruny waliły raz za razem, chociaż nie spadła ani jedna kropla deszczu...", część z nich się odłączyła, żeby go posłuchać.
   Znaleźli wreszcie targ i wymienili skórę gryfa na broń, wodę, suchy prowiant, dużo wody, pieniądze, więcej wody i jeszcze kilka przydatnych przedmiotów.
    Tak zaopatrzeni udali się w dalszą drogę.
______________________________________________________
Wesołego Mikołaja! Tu macie prezent ode mnie. Jeszcze raz wesołych mikołajek!

niedziela, 24 listopada 2013

Rozdział 15




ROZDZIAŁ 15
Atak


    - Nareszcie możemy odejść z tej robaczywej dżungli - odetchnął z ulgą Wiktor.
    Przedzierali się właśnie przez robaczywą dżunglę w poszukiwaniu miejsca, w którym mogliby się wzbić w powietrze.
    Zarośnięty miłośnik ptaków wyświadczył im uprzejmość i okazał się być tym kogo szukali. Ponadto był tak miły, że "wyjaśnił" im kilka rzeczy.
    Pierwszą z nich była ich podróż. Aulus nie powiedział im czemu musieli w nią wyruszyć. Teraz dowiedzieli się, że szukają konstruktorów wehikułu czasu. Aulus nie był jedynym, który wpadł na pomysł podróży w czasie. Kilkanaście innych osób też chciało tego spróbować. Zanim trafił na Imasekai odwiedził różne planety w różnych okresach rozwoju. Z każdą taką wizytą udoskonalano teleport. W końcu udało im się stworzyć coś bliskiego ideałowi, ale zrobiło się tego tyle, że nie dało się wszystkiego spamiętać. Podzielili się wiedzą i teraz musieli się spotkać ponownie, by wybudować nowy wehikuł.
    Oczywiście nie powiedział tego wszystkiego wprost, z uwagi na trzech postronnych. Zostało to ubrane w historyjkę o transporcie owoców, ale było całkowicie zrozumiałe dla wtajemniczonych.
    Po drugie przyznał się, że on nie umie kłamać i wycofuje się z zeznań.
    Po trzecie dowiedzieli się, że prawdziwych przyczyn nie może zdradzić, więc nigdy nie poznają prawdy.
    Za trzecim sprostowaniem pierwszej historii zostali poinformowani, iż wyżej wymieniona była prawdziwa, co nie przeszkadza, że to nie powód, dla którego się zbierają.
   Po dokładnym namieszaniu wszystkim w głowach "syn lasu" pozwolił im się umyć w swojej nadrzewnej łaźni. Dostali również poradę pod tytułem jak się pozbyć wodnika.
    Na pożegnanie, zanim rozeszli się w dwie przeciwne strony, Weronika, która przywiązała się do swojej ary, zapytała czy może ją zabrać.
    - Jeśli ona będzie chciała, to czemu nie - odparł mężczyzna, wzruszając ramionami. - Ja ich na siłę nie trzymam. Tylko ostrzegam cię, to są zwierzęta stadne.
    Weronika wyglądała jakby ziściły się wszystkie jej marzenia.
    - Ej, chwila! - zawołał Wiktor. - Ja też chcę papugę.
    Stanęło na tym, że cała ósemka odeszła z nowymi przyjaciółmi.
    - Dobra! Startujemy! - powiedział teraz Andrzej.
    Lecieli już dobrą godzinę, a pod nimi wciąż, jak okiem sięgnąć, rozciągała się puszcza. Nagle Emilia się roześmiała.
    - Z czego się śmiejesz? - spytał Wiktor.
   - Właśnie wyobraziłam sobie reakcję rodziców, kiedy, po dość długiej nieobecności, przychodzę do domu z gadającą papugą na ramieniu.
    Czwórka przyjaciół zaśmiewała się przez dobry kwadrans. Za każdym razem, gdy udawało im się opanować, wyobraźnia podsuwała im widok min rodziców.
    - Nie rozumiem - oznajmiła Gaudencja. - Z podróży przecież przywozi się różne pamiątki. Czy to maskę, czy to męża, niewielka różnica.
    Tym razem to miejscowi się roześmiali, a Ziemianie nie wiedzieli o co chodzi.
    Czas upływał im na opowiadaniu sobie zabawnych historyjek.
    - Nie uważacie, że ten las się jakby przerzedził? - zapytał pod wieczór Radzim.
   - Nie, las jak stał, tak stoi - odpowiedział rozczarowany Wiktor, który już miał nadzieję, że upiorna puszcza została za nimi.
    - Nie mówię, że go nie ma, tylko że jest go mniej.
    - Rzeczywiście - powiedziała Gaudencja. - I drzewa są jakieś niższe.
    W dżungli spędzili jeszcze dwa dni zanim wylecieli na obszar, który można było nazwać mocno zadrzewioną sawanną.
    - Matko! Jak to wolno idzie - jęknęła Weronika. - Tak ze dwa tygodnie jeszcze nam zejdzie zanim znajdziemy następnego.
    - Jak nie więcej - dodał Andrzej.
    - Możemy rzadziej robić przerwy - powiedział Lederg.
    Weronice nie spodobał się ten pomysł. Od jazdy konnej była cała połamana, a sen na twardej ziemi czy na skale wcale nie pomagał. Pozostała trójka czuła się tak samo. Ustawa jednak w życie weszła.
    Trzy dni później po dżungli nie było już śladu. Kępki drzew rosły gdzieniegdzie, oddzielone od siebie wysoką trawą.
    Szli właśnie przez nieocieniony fragment sawanny, kiedy Radzim wydał z siebie straszny jęk.
    - Jak tu gorąco! Mam już dość! Lecąc, będziemy szybciej!
   - Jest jeden duży plus - powiedziała z satysfakcją Emilia już w powietrzu. - Wodnik wrescie się od nas odczepił.
    - Dziwisz mu się? - zapytał Wiktor. - Jest taki skwar, że...
    Nie dane mu było dokończyć. Azkar nagle zaczął wić się w powietrzu i mało brakowało, by Wiktor z niego nie zleciał. Pozostałe petrippusy zachowały się podobnie.
    Próbowali skierować je na ziemię, ale całkowicie stracili nad nimi panowanie. Pozostało im tylko trzymać się mocno.
   Wkrótce wyjaśniło się dziwne zachowanie zwierząt. Dokładnie naprzeciw nim leciał olbrzymi, piękny i groźny gryf.
    Na szczęście petrippusy same zdecydowały się na powrót w dół. Zmieniły kierunek lotu i skierowały się ku ziemi.
    Odległość od gruntu była wciąż duża, a gryf zbliżał się nieubłaganie. Był już tylko o jedno machnięcie skrzydeł.
    Przez następne chwile wszystko działo się tak szybko, że w pamięci wszystkich uczestników zachowały się tylko strzępy wydarzeń.
    Gryf zaatakował Pegaza i Juwenalis.
   Wiktor patrzył na to w osłupieniu, dopóki nie dotarło do niego, że Lederg każe mu się przesiąść do Weroniki. Nie rozumiejąc o co chodzi, posłuchał się go i, siedem metrów nad ziemią, przeniósł się z jednego końskiego grzbietu na drugi. Kątem oka zauważył, że Emilia i Gaudencja również siedzą razem.
    Kiedy Azkar poczuł, że nie ma na sobie jeźdźca, podleciał razem z Yster do gryfa.
    Drapieżnik został potężnie kopnięty w łeb i zleciał ogłuszony w dół.
   Lederg złapał Juwenalis, która w pewnym momencie spadła z Pegaza, którego zaś na ziemie holowały dwa petrippusy.
    Wylądowali.

piątek, 1 listopada 2013

Rozdział 14





ROZDZIAŁ 14
Dżungla


    - Powinien być gdzieś tutaj - powiedział Wiktor, rozglądając się po zatłoczonym pomieszczeniu.
    - Byłoby łatwiej gdybyśmy mieli jego podobiznę - stwierdziła Emilia.
    - O, jest! - zawołała Gaudencja.
    - Rozmawia z Rozamundą - dodała Juwenalis.
    - E, kim? - zapytała Weronika.
    - Co ty? - zdziwił się Lederg. - Nie znasz Rozamundy?
    - Nie jestem stąd - zwróciła mu uwagę dziewczyna.
    - To dowiedz się, że Rozamunda, która pochodzi z Perde Gard, jest jedyną osobą na świecie, z jedynym udomowionym stadem jednorożców.
    - Jedynie tej wiadomości do szczęścia mi brakowało - oznajmiła złośliwie szatynka.
    - Nie stójcie jak słupy - zawołał ich Andrzej. - Chodźcie.
    Weronika i Lederg dołączyli do grupy.
    - ... i mamy dać ci list - zakończyła Juwenalis w momencie ich przybycia. - Weronika?
    - Co? Aaa, już, moment - powiedziała grzebiąc w papierach. - Proszę, oto list.
    - Kto dał ci ten plecak z ważnymi dokumentami?- zapytał ze zgrozą Wiktor, gdy wychodzili na słoneczną ulicę.
    - Emilia.
    - Czyś ty oszalała?! Jej się nie daje ważnych rzeczy. Wiem co mówię, ostatecznie znałem ją jeszcze przed urodzeniem.
    - Nie przesadzaj - zlekceważyła jego słowa Emilia. - Co się może stać.
    - Czekajcie! - nadeszła odpowiedź na jej pytanie. - Zostawiłam plecak w środku, zaraz wracam! - Weronika pędem wróciła po zgubę.
    - Jak można być tak roztrzepanym? - spytała z niedowierzaniem Gaudencja, obserwując wracającą Weronikę.
    - No, już jestem - wysapała unosząc torbę w górę.
    - Dawaj to - Andrzej wyrwał jej plecak z ręki.
    - Nie traćmy czasu - zarządził Lederg.
    - A ty co taki wyrywny? - warknął Wiktor.
    - Chcę pomóc moim nowym przyjaciołom.
    Nowi przyjaciele prychnęli wzgardliwie.
    - Gdzie teraz? - zawołał Radzim, przekrzykując świst wiatru.
    - Na razie prosto - odkrzyknął Andrzej.
    - Te petrippusy to wspaniała sprawa - zachwyciła się Weronika. - Tyle czasu zaoszczędzamy lecąc nad rzekami, a nie szukając mostów.
    - Lądujemy! - krzyknął Andrzej. - Dobra, to teraz jedziemy tym traktem - powiedział już na ziemi, porównując mapę z terenem. - Jeszcze trzy godziny i będziemy na miejscu.
    - No - wyraziła uznanie Weronika - jak będziemy załatwiać po trzy osoby dziennie, to spoko.
    - Nie bądź taka beztroska - ostrzegła ją Gaudencja. - Później będzie trudniej.
    - Przecież mamy skreśloną tylko jedną osobę - zauważyła w tym samym czasie Emilia.
    - Za trzy godziny dwie i jeszcze starczy czasu na trzecią - Weronika machnęła wzgardliwie ręką.
    - Proponuję postój - rzekł Radzim po dwóch godzinach. - Głodny jestem.
    Pozostali zaaprobowali ten pomysł. Zjechali z traktu na polankę i tam się zaczęli posilać i rozmawiać.
    - Ja wam mówię, że tu, w tych okolicach pójdzie piorunem - oznajmił Andrzej, wspomagając się mapą. - Problem będzie, kiedy wyjedziemy z zaludnionych terenów w te dzikie ostępy.
    - Na szczęście Aleksander pomógł nam wyznaczyć trasę - zauważyła Emilia.
    - Powinniśmy się wyrobić - oznajmił Wiktor.
    - Nie marnujmy czasu - rozkazała Juwenalis. - Ruszamy.
    I Andrzej, i Weronika mieli racje. Do końca dnia trzy z piętnastu osób dostało wiadomość od Aulusa. Następnego wieczoru kolejne dwie przyjaciółki Dziadka zostały odhaczone z listy. Teraz widniała przed nimi perspektywa pięciodniowej podróży przez ocean i przedzieranie się przez dżungle w bliżej nieokreślonym czasie.
    - Kto normalny chciałby mieszkać w tej duchocie razem z robalami - zapytał przez zaciśnięte zęby Wiktor.
    - Nie narzekaj - wysapał Andrzej. - Nie ty machasz maczetą jak idiota.
   - Wow. Jesteśmy tu aż pół godziny. Jak my przeżyjemy następne pół? - zawołała z dobrze udaną rozpaczą Weronika i wyminęła brata.
    - Trzeba było zostawić konie - rzekła Emilia.
    - Stop! - krzyknął ostrzegawczo Lederg, idący na przedzie obok Andrzeja.
    - Co tak cuchnie? - zapytała Weronika, zatykając sobie nos.
    - Woda - odpowiedziała Juwenalis, która przepchnęła się do przodu.
    - Ja w tym brodzić nie będę! - zastrzegł się od razu Wiktor.
    - Radzim, nie ruszaj się - powiedziała powoli Gaudencja. - Masz wielkiego pająka na plecach.
    - Nie dam się... - zaczął Radzim, ale w tym momencie siostra strzepnęła z niego na ziemie olbrzymiego stawonoga.
    Weronika wrzasnęła i odskoczyła, popychając Juwenalis, która złapała stojącego najbliżej Lederga i wszyscy troje wpadli razem do bajora, przy okazji zwalając z nóg Andrzeja. Emilia pomogła mu wstać z błota, a trójka topielców, z Weroniką na czele, wyczołgiwała się z wody. Na ratunek przyszło im rude rodzeństwo.
    Kiedy znalazła się na brzegu, szatynka zaczęła skakać, otrzepywać się i otrząsać, mamrocząc coś przy tym. Z potoku słów udało im się wyłowić "pijawki", "pająki", "obrzydliwe", "paskudztwo", a na samym końcu powiedziała już wyraźnie "będę śmierdzieć przez tydzień".
    - Ja mam dość! - rzekł stanowczo Wiktor, który całe zamieszanie przeczekał na bezpiecznym końskim grzbiecie. - Akurat nad tym, eee, jeziorem jest wolna przestrzeń. Lecimy.
    Szybowali nad lasem szukając nie wiadomo czego. Wreszcie znaleźli, nie koniecznie to czego szukali, i wylądowali.
    - To cud - wyszeptał nabożnie Andrzej. - Skrawek ziemi bez lasu.
    - Za to z rzeką - dodała Weronika. - Będzie można się umyć.
    - Eee, Weronika - powiedziała niepewnie Emilia. - Zdajesz sobie sprawę, że nurt może być trochę silny, co?
    - O co ci chodzi?
    - O to, że stoimy na skraju wodospadu!
    - No i? - Weronika wzruszyła ramionami. - Czy ja mówię, że mamy od razu skakać na główkę.
    - Chodźcie tu! - zawołał wszystkich Radzim.
    Weronika i Emilia odeszły od krawędzi przepaści i podeszły do linii lasu. Pozostali już tam byli.
    - Co się - zaczęła Juwenalis i umilkła wpatrując się w jakiś punkt. Reszta podążyła za jej wzrokiem. Parę metrów od nich rosło stare drzewo. Stał pod nim głaz, a na głazie niski, stary człowiek ubrany na czerwono. Miał długie, rozczochrane włosy i mętne oczy.
    Emilia chciała do niego podejść, ale Radzim ją powstrzymał. Czwórka Ziemian popatrzyła się na niego zdziwiona, a kiedy znów spojrzeli na staruszka, już go nie było. Teraz wszyscy podbiegli do miejsca, w którym przed chwilą stał. Ujrzeli tam tylko kałużę.
    - Ech, wracajmy - powiedziała Gaudencja.
    - Gdzie ten starzec? - zapytał Wiktor.
    - To był wodnik - poprawiła go Juwenalis.
    - Dlaczego się nam przypatrywał? - spytała Emilia.
    - Bo Weronika zbezcześciła jego jezioro - odpowiedział Radzim.
    - Czemu od razu wszystko na mnie?
    - Hmm, może dlatego, że to twoja wina? - podpowiedział Andrzej. - Na wszystkich wleciałaś. Cud, że mapa nie zamokła.
    - Zbiera się na deszcz - stwierdził bez związku Lederg. - Na razie możemy się nie przejmować wodnikiem, byle tylko nie zbliżać się do wody.
    - Zrobisz sobie prysznic z deszczu - szepnęła Emilia Weronice. - Teraz chodź.
   Po jakimś czasie polecieli w dół wodospadu, szukając miejsca na nocleg, chroniącego przed deszczem.  W ścianie znaleźli płytką wnękę skalną, w której się rozgościli.
  - Teraz musimy tylko znaleźć tego pustelnika i lecimy dalej - zawołał dziarsko Lederg, budząc wszystkich następnego dnia o świcie.
    Nie było to takie proste. Pocąc się i stękając, z wysiłkiem przedzierali się przez dżunglę. Komary cięły niemiłosiernie, w dodatku duchota nie pozwalała odetchnąć lżej. Byli cali obolali od spania na gołej ziemi. Każdy deszcz witali z ulgą, wodnik bowiem wlókł się za nimi krok w krok, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Tak minęły im trzy dni.
    - Królestwo za kąpiel - powiedziała dość beznadziejnie Weronika, kiedy w milczeniu przedzierali się przez wyjątkowo gęste chaszcze. W tym miejscu gałęzie nad ich głowami były zbyt ściśle ze sobą splątane, żeby wzbić się w powietrze i spokojnie przelecieć ten kawałek trasy.
    - Wolałbym jakiś skarb, jeśli można - usłyszeli skrzypiący głos, dochodzący z góry.
    - Tak, skarb jest lepszy - przyświadczył pierwszemu drugi, skrzeczący, głos.
    - Tak, tak, o wiele lepszy - rozlegały się skrzeki, jeden za drugim.
    Wędrowcy stali zdezorientowani na wyciętej przez siebie ścieżce, z zadartymi do góry głowami.
    - Nie sterczcie tak - odezwał się ponownie ten skrzypiący głos. - Wchodźcie.
    W tym momencie z drzewa opadła ku nim drabinka, spleciona z lian. Zaciekawieni popatrzyli po sobie i postanowili wejść. Andrzej i Emilia chwilę wyrywali sobie drabinkę, ale chłopak wycofał się, w myśl zasady mądry głupszemu ustępuje.
    - Panie mają pierwszeństwo - powiedział z ukłonem.
    Emilia zignorowała go i z godnością weszła na górę. To co tam zobaczyła, sprawiło, że stanęła jak wryta.
  Na czterech drzewach wybudowane były, nawet nie domki, ale domy. Drzewa łączyły linowe mosty. Panował tam zielony półmrok. Niekiedy powiewał delikatny wietrzyk, ledwie zauważalny, ale zawsze. Wielobarwne ptactwo, wśród którego wyróżniały się papugi, znajdowało się prawie wszędzie.
    - Suń się - zawołał rozdrażniony Andrzej. - Co tak stoisz jak słup soli?
    Emilia weszła dalej na drewnianą platformę, szukając wzrokiem właścicieli głosów.
    - Szukasz czegoś? - rozległo się skrzypiąco po jej prawej stronie.
  - W sumie to tak - odpowiedziała, odwracając się do mężczyzny, leżącego w cieniu na hamaku. - Właściwie nie czegoś, tylko kogoś. Wszyscy szukamy.
    - Po co?
    - Po co, po co? - rozbrzmiały skrzeczące głosy.
    - Nie zapyta pan kogo? - zdziwił się Andrzej, rozglądając się pilnie.
    - Nie obchodzi mnie to.
   - Mamy do przekazania pilną wiadomość - oznajmiła Weronika, porozumiawszy się uprzednio z resztą wzrokiem. - Od Aulusa - dodała po chwili.
    - Aulusa, Aulusa? - zapytały echem głosy.
    Mężczyzna usiadł na hamaku.
    - Aulusa, powiadasz.
    - Co jeśli petrippusy zostaną pożarte? - zapytał Wiktor, dołączając do reszty.
    - Jeśli zostawiłeś je luzem, to nie zostaną - odpowiedziała z roztargnieniem Juwenalis, pilnie wpatrując się w ich rozmówce.
    - A nie uciekną?
    - Człowieku! - zaapelowała Gaudencja. - Zamilcz!
    - Zamilcz, zamilcz!
    - Rozumiem, że nic im nie będzie? - Na to pytanie nie uzyskał odpowiedzi.
    - Jaką wiadomość Aulus ma do przekazania? - dopytywał się mężczyzna.
    - Chciałby się spotkać ze wszystkimi swoimi przyjaciółmi - odparł Wiktor, zauważając go dopiero w tym momencie.
    - Chętnie zobaczę starego druha - zawołał wstając z miejsca.
    - Chętnie, chętnie.
    Ich rozmówca wyszedł z mroku w półmrok i wreszcie mogli go obejrzeć. Niezbyt im się to udało, ponieważ był on tak zarośnięty, że nie sposób było określić nawet jego wiek. Gęsta broda, wielkie wąsy, długie włosy. Nie widzieli nawet jego ciuchów.
    - Ale skąd mamy wiedzieć, że jesteś tym kogo szukamy? - zapytał Lederg.
    - A cóż ty taki podejrzliwy? - zdziwił się domniemany oszust.
    - Możesz być przyjacielem, ale lepiej się upewnić - oznajmił Radzim.
    - Imię? - zażądała Weronika. W tym momencie jedna z papug usiadła jej na ramieniu.
    - Imię - powtórzyła ara, a do niej przyłączyły się inne.
____________________________________________________
W tym roku zmarło wiele sławnych osób. Zmarło też jeszcze więcej mało znanych, a także zwykłych ludzi. Ich wszystkich opłakuje rodzina, przyjaciele i znajomi. W poprzednich latach Śmierć również zbierała obfite żniwa.
Dla wszystkich tych osób zapalmy znicza, świeczkę, czy nawet internetowego znicza (czego niezbyt lubię).[*]
Nieliczni z tych, którzy odeszli: Jan Pluta, Acer Nethercott, Zbigniew Doda, Robert C. Richardson, Cezary Kamienkow, Bonnie Franklin, Leon Łukaszewicz, Lillian Bernadotte, James Herbert, Maria Redaelli-Granoli(114 lat), Jonathan Winters, Wacław Nycz, Marek Jackowski, Ray Manzarek, Jack Vance, Sławomir Mrożek, Tom Clancy, Joanna Chmielewska, Alfred Sosgórnik, Artur Hajzer i wiele, wiele innych.
Niech Im ziemia lekką będzie...