piątek, 29 marca 2013

Rozdział 7


ROZDZIAŁ 7
Początek podróży


    Rano obudził ich telefon. Dzwoniła pani Nikola i kazała im szybko wracać do domu.
    Obudzili Andrzeja, śpiącego na dole i ruszyli w drogę powrotną. Nie mieli innego wyjścia, jak tylko wziąć Juwenalis ze sobą. Zostaniu w bazie stanowczo się sprzeciwiła.
    - Nie rozumiem waszych rodziców - powiedział Andrzej. - Możecie zostać sami w domu na tydzień, a nie możecie nocować w domku na drzewie?
   - Mama mówi, że co innego w domu z wszelkimi wygodami, solidnymi ścianami i podłogami, i piorunochronem na dachu, a co innego w prowizorycznej budowli do niczego niepodobnej - oznajmiła jednym ciągiem Weronika i wzięła głęboki oddech.
    - Ta. Uważa, że bez prądu sobie nie poradzimy - dodał Wiktor.
    - Ale tata ma inne zdanie - powiedziała Weronika.
    - Tylko, że on nie ma głosu w tej sprawie - rzekł Wiktor.
    - O tyle dobrze, że nie zauważą waszego zniknięcia - zauważyła Emilia.
    - Dokąd jadą tym razem? - zapytał Andrzej.
    - A czy to ważne? - odpowiedział pytaniem Wiktor.
    - O czym rozmawiacie? - wtrąciła się Juwenalis.
    - Ja ciągle zapominam, że ona nas nie rozumie - powiedział Andrzej.
    - Ja czasami zapominam, że ona w ogóle z nami jest. Jak tak cicho siedzi - pocieszyła go Emilia.
    - Nasi rodzice wyjeżdżają. - Weronika wprowadziła nową koleżankę w temat.
    Kontynuowali rozmowę, aż doszli do celu.
    - No nareszcie jesteście - powitała ich w drzwiach pani Nikola. - O, przyprowadziliście ze sobą koleżankę - dodała widząc Juwenalis, stojącą z Andrzejem w pewnym oddaleniu. - Dlaczego oni stoją tak daleko? Niech wejdą. Pewnie jesteście głodni. Zróbcie sobie śniadanie i umyjcie się. A wy zadzwońcie do rodziców. Pani Lidia, nasza sąsiadka będzie miała na was oko. - Szybko ucałowała swoje dzieci, przytuliła nieswoje i wyszła. Pan Mikołaj czekał już w aucie. - A właśnie - zwróciła się do Juwenalis. - Jak się nazywasz?
    Weronika, Wiktor i Emilia skamienieli. Blondynka spojrzała na  Andrzeja, on ledwie zauważalnie skinął głową i dziewczyna spokojnie się przedstawiła.
    - Ładne imię - stwierdziła pani Nikola i wsiadła do samochodu.
    Pan Mikołaj pomachał dzieciom i już ich nie było
    - Uff! - odetchnęli z ulgą.
    - Skąd ona wiedziała co odpowiedzieć? - spytała Andrzeja Emilia.
    - Cóż. - Andrzej wzruszył ramionami – Okazuje się, że jestem dobrym nauczycielem języka polskiego.
    - Jesteś geniuszem - stwierdziła z przekonaniem Weronika.
    - Weź przestań, bo się zarumieni - powiedział Wiktor.
    - Dobra, nie marnujmy czasu - zarządziła Emilia. - Mamy jeszcze kupę rzeczy do zrobienia.
    Wypełnili polecenia dane im przez panią Niki i rozeszli się.
    Jeszcze nie wybrali tego kto zostanie*, chcąc wierzyć do ostatniej chwili, że jednak „ja nie”, więc Emilia i Andrzej udali się do swoich domów, spakować niezbędne rzeczy i przekonać rodziców, że będą przez tydzień samodzielni. Poszło im łatwo. Już nieraz udowodnili, że można ich zostawić samym sobie. Wiktor zostawił dyplomację siostrze i kompletował swój ekwipunek, w czym pomagała mu Juwenalis, a Weronika poszła do pani Lidii. Miała najtrudniejsze zadanie ze wszystkich.
    Drzwi otworzyła jej sympatycznie wyglądająca, wysoka, blondwłosa kobieta. Była to właśnie pani Lidia. Miała czterdzieści siedem lat, czasochłonną pracę i nieugięty charakter.
    - A, dzień dobry - powiedziała, ujrzawszy dziewczynę. - Wejdź moja droga. Co cię tu sprowadza?
    Weronika skorzystała z zaproszenia. Poszła za panią Lidią, która zaprowadziła ją do salonu. Usiadła na kanapie i wzięła byka za robi.
    - Chciałam podziękować pani za to, że zgodziła się pani nas pilnować.
    - O, to nic takiego.
    - To bardzo miło z pani strony. Wiem, że pracuje pani od rana do późnego popołudnia i chciałam powiedzieć, że nie musi się pani nami przejmować. Potrafimy sami o siebie zadbać.
    - Jasne! Już ja was znam. Cały dzień spędzicie na oglądaniu telewizji i graniu w gry komputerowe, a do ust nie weźmiecie niczego porządnego, tylko jakieś świństwa.
    - Umiemy gotować.
    - Dziecko, jajecznica i płatki z mlekiem to nie obiad.
    - I mamy w planach aktywnie spędzać wakacje.
    - W planach - prychnęła pani Lidia. - Posłuchaj, ja wiem, że wy młodzi chcecie być niezależni, samodzielni i tacy dorośli, ale korzystajcie z tego, że ktoś was w tym jeszcze wyręcza, bo później już tak nie będzie i zatęsknicie za tak pięknymi czasami.
    „Po co mi ten wykład” pomyślała Weronika, a na głos powiedziała – No dobrze, ale my tylko nie chcemy sprawiać pani kłopotu.
    - To dla mnie żaden kłopot. - Uśmiechnęła się.
    - No tak – zaczęła Weronika z innej beczki. – Ale my teraz będziemy cały czas poza domem. Już nas przyjaciele zaprosili do siebie na nocowanie. I jeszcze pewnie zrobimy jakiś biwak.  A ja naprawdę umiem gotować. - Dodała zanim ugryzła się język.
    - Hmm.
    - Umiem - Weronika kontynuowała. - Proste dania. Na przykład spaghetti, ziemniaki, sałatki, rosół, makaron z serem, ryż. Usmażyć paluszki rybne lub frytki to nie problem. A i tak od jutra będziemy się włóczyć po znajomych.
    - No dobrze - westchnęła pani Lidia. - Niech ci będzie. Co ja mam z tymi młokosami. Ale dzisiaj jesteście jeszcze pod moją opieką. Mam dla was obiad. - Pani Lidia poszła do kuchni. - Weź od razu. Smacznego.
    - Bardzo pani dziękuję. - Weronika nie mogła uwierzyć, że tak szybko poszło. Postanowiła jak najprędzej odejść, zanim pani Lidia zmieni zdanie. - To ja muszę już iść. Rozumie pani, brat został w domu, jeszcze coś zepsuje - powiedziała, podnosząc się z miejsca.
    - To szybko. Pozdrów go ode mnie. 
    - Dobrze. Do widzenia. 
    - Miłego dnia moja droga - powiedziała pani Lidia do Weroniki, która była już przy furtce.
    Dziewczyna pędem wróciła na swoją posesje. Wbiegła do domu i, nie zatrzymując się, pobiegła na górę do pokoju brata.
    Już z dołu słyszała podniesione głosy, ale nie mogła ich rozróżnić. Teraz zatrzymała się z ręką na klamce, nie wiadomo czemu, zamkniętych drzwi. Chciała wejść, ale kłótnia wewnątrz brzmiała bardzo ciekawie, a bała się, że wchodząc mogliby przerwać lub wciągnąć ją w dyskusję. Od razu zorientowała się o co chodzi. Wiktor i Andrzej debatowali nad tym, który z nich zostanie w domu. A sądząc po decybelach, trwało to już dobrą chwilę. Porzuciła myśl o wtargnięciu do pokoju i chłonęła całą sobą rozmowę przyjaciół.
    - No chyba z drzewa spadłeś! - krzyczał Wiktor. - Co z tego, że proponowałem?! Nie mówiłem poważnie!
    - Za głupotę się płaci! - odryknął mu Andrzej. - Chciałeś zostać, zostaniesz!
    - Idioto! Wcale nie chciałem! Tylko...!
    - Tylko co?!
    - Powiedziałem, żeby wysłać tylko Juwenalis, ponieważ nie chciałem, żeby jedna osoba została tutaj, kiedy reszta dobrze będzie się bawić! - Wiktor wywrzeszczał każde słowo głośniej od poprzedniego.
    - Jakiś ty szlachetny! - zadrwił Andrzej.
    Weronika była tak zasłuchana, że nawet nie zauważyła Emilii, która właśnie weszła po schodach.
    - Co się dzieje? - zapytała, a szatynka podskoczyła.
    - Matko, aleś mnie przestraszyła. Cicho, chłopaki się biją.
    - Jak? - spytała z zaciekawieniem. - Na gołe pięści?
    - Słownie.
    - A, to nic takiego. Oni często to robią. A gdzie Juwenalis?
    Weronika spojrzała na nią zdziwiona. Sama nie pomyślała o dziewczynie.
    - Nie wiem. Jeśli siedzi z nimi w pokoju to się nie odzywa. W każdym razie ja jej nie słyszałam.
    - Chyba musimy tam wejść - powiedziała Emilia. - Ona mogła się przestraszyć tej wymiany zdań.
    W zaistniałej sytuacji Weronika musiała się z nią zgodzić. Niechętnie, bo niechętnie, ale Emilia miała rację. Ktoś niezorientowany w przyjaźni między Wiktorem a Andrzejem mógł sądzić, że pożarli się na śmierć i życie, i że zaraz dojdzie do rękoczynów. Jednak ciągle nie ruszała się z miejsca.
    Emilia odsunęła Weronikę niedelikatnie od drzwi i gwałtownie je otworzyła. W tym momencie Weronika popchnęła ją w rewanżu. Emilia, trzymająca wciąż klamkę, straciła równowagę, złapała przyjaciółkę i runęły razem z niezłym impetem. Na szczęście Emilia w pewnym momencie puściła klamkę, bo inaczej chyba urwała by sobie rękę. Wiktor i Andrzej zamilkli w pół słowa, patrząc, jak dwie dziewczyny dosłownie wpadają do pokoju, omal nie łamiąc sobie kończyn.
    - Gdzie Juwenalis? - zapytała niespokojnie Emilia, zrzucając z siebie Weronikę.
    Pierwszy odzyskał władzę nad sobą Andrzej.
    - W... W... Co wy robicie.
    - Gdzie Juwenalis? - powtórzyła niecierpliwie Emilia już na stojąco.
    - Właśnie - poparła ją Weronika, dopiero wstająca z podłogi.
    - Jest w łazience - odpowiedział Wiktor. - O co wam chodzi i czy będziecie łaskawe wyjaśnić co znaczyło to... to... COŚ, co przed chwilą nam zaprezentowałyście?
    - Nie ważne - stwierdziła lekceważąco Weronika.
    Andrzej wydał z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk. Coś jakby „Auwghrymby” i odetchnął głęboko.
    - No, już mi lepiej. A teraz na spokojnie. Czemu chciałyście popsuć drzwi?
    - Wcale nie...  - zaczęła Weronika. - A dobra.
    - Myślałyśmy, że Juwenalis jest z wami, kiedy wy ucinacie sobie przyjacielską pogawędkę - wyjaśniła Emilia
    - Nie ma jej tu - burknął Wiktor.
    - To już wiemy - powiedziała Weronika.
    - Źle się do tego zabraliście - stwierdziła Emilia ni w pięć ni w jedenaście.
    - Do czego? - zdziwił Andrzej.
    - Do wybrania tego szczęśliwca, który nie przeleci się na latającym koniku.
    - Tak? A co TY proponujesz? - zainteresował się Wiktor.
    - Zdać się na los - odparła godnie dziewczyna.
    - Mieliśmy ciągnąć zapałki - zauważyła Weronika.
    - E tam. - Andrzej machnął ręką. - To nudne.
    - Lepiej powalczyć, prawda? - złośliwie spytała Weronika.
    - A żebyś wiedziała - odciął się Wiktor.
    - Wiem! - zawołała Emilia odkrywczo. - Zagramy o to w kości.
    - Idiotka - powiedzieli zgodnie pozostali.
    - Już wyliczanka byłaby lepsza - rzekł Wiktor.
    - Losujmy. - Weronika podeszła do biurka, wyciągnęła jeden z zeszytów brata i wyrwała z niego (z zeszytu, a nie z brata) jedną czystą kartkę, którą z kolei przedarła na cztery i na każdej części coś narysowała. Zabrała stojącą na biurku miskę po popcornie i nie patyczkując się, wrzuciła tam karteczki. Zamieszała i podeszła do Emilii, ta wyciągnęła jeden los, następny był Andrzej, potem Wiktor i w końcu ona sama również wzięła ostatni kawałek papieru.
    - Są trzy koła i jeden trójkąt. - Wyjaśniła. - Nietrudno się domyślić, co oznaczają.
    Na te słowa Andrzej jęknął.
    - Los zadecydował - powiedział podniosłym tonem Wiktor, patrząc na kolegę. - Ty zostajesz.
    - Kto chce ze mną oszukać przeznaczenie? - zapytał dość beznadziejnie wybrany.
    - Co ona tam robi? - Emilia zignorowała jego pytanie. - Utopiła się w tej łazience, czy co?
    Na to pytanie Juwenalis stanęła w drzwiach. Miała na sobie starą sukienkę Weroniki. Szatynka już dawno z niej wyrosła, więc nie przejęła się tym zbytnio. Zaniepokoiło ją tylko to, że brat rozdaje jej rzeczy bez pytania.
    - Gdzie jest twoje ubranie? - zapytała Emilia.
    - Schnie w ogrodzie.
    - A - powiedziała Emilia trochę zdziwiona.
    - Kiedy ruszamy? - Juwenalis spojrzała na Andrzeja. - Czemu wyglądasz jak zbity pies?
    - Bo musi zostać - odpowiedziała za niego Weronika.
    - Och, szkoda.
    - Za chwilę wrócisz do domu - powiedział Wiktor. - Cieszysz się?
    - Oczywiście!
    Przejrzeli jeszcze raz swoje rzeczy. Uzupełnili braki w zaopatrzeniu. Biegali bez celu po całym domu. Zostawili kartkę na lodówce na wszelki wypadek. Odgrzali i zjedli obiad, przygotowany im przez panią Lidię. Zamknęli drzwi wejściowe, aby mieć pewność, że nikt im nie przeszkodzi. Przebrali się w stroje, zbliżone wyglądem do tych, które opisywała im Juwenalis, żeby nie odróżniać się za bardzo wyglądem.
    I wreszcie, kiedy upewnili, że wszystko jest załatwione, zeszli do tajnego pokoju.
    Już pierwsza osoba weszła na podium, gdy Wiktor przypomniał sobie o ubraniu Juwenalis.
    Pobiegła po nie Emilia.
    Wreszcie stanęli wszyscy razem w kręgu. Andrzej podał im plecaki. Jakoś nikomu nie przyszło do głowy, że mogliby podzielić się na dwie grupy albo teleportować się oddzielnie. Teraz, gniotąc się w przeraźliwym ścisku czekali, aż Andrzej naciśnie właściwą cegłę. Kiedy mu się to udało, koło na górze rozbłysło światłem i poczęło się kręcić. Blask przybierał na sile i zdawał się ich pochłaniać. Oczy zaczęły im łzawić, więc je zamknęli.
    Chwilę później Andrzej został sam. Światło zniknęło, zabierając ze sobą jego przyjaciół. Mrok w piwnicy się pogłębił. Chłopak podszedł do ściany i już bez problemu znalazł włącznik machiny. Potem usiadł na podłodze, oparł się plecami o ścianę, zamknął oczy i zaczął intensywnie myśleć.

    - Już wiem! - wykrzyknął, wstając tak szybko, że aż zakręciło mu się w głowie.
    Wbiegł po schodach. Spiesząc się, zniósł kilka rzeczy z powrotem do laboratorium. Wrócił na górę po jeszcze kilka i wtedy zadzwoniła komórka Weroniki. Telefonów nie brali, przewidując, że tam gdzie się udają nie ma zasięgu.
    Zanim odebrał, popatrzył kto dzwoni.
   - Świetnie - rzekł z goryczą w głosie. - Pani Niki. - Przyłożył słuchawkę do ucha. - Dzień dobry - powiedział miłym i uprzejmym tonem. - Weronika jest w sklepie i zostawiła telefon w domu.
   - Cała ona - odezwała się z drugiej strony pani Nikola ze zrozumieniem. - Chciałam wam tylko powiedzieć, że wyjazd się przedłuży o tydzień. I raczej nie będziemy mieli czasu porozmawiać.
    - Dobrze przekażę im - powiedział do słuchawki i, zanim kobieta się rozłączyła, krzyknął - Wiktor! Twoja mama dzwoniła.
    Pogratulował sobie w duchu, kiedy schodził na dół z naręczem przeróżnych gratów, że przykładał się do fizyki.
    Tym razem to Andrzej stał w kręgu. Kilka przeprowadzonych prób upewniło go, że po jego zniknięciu, zbudowane przezeń urządzenie włączy z powrotem teleport. Spokojnie zamknął oczy. Zrobiło mu się ciepło, kiedy światło go otoczyło. Potem uczucie ciepła zniknęło.

______________________________________________________
* dla tych, którzy nie pamiętają – z notatek Aulusa Rojko wynika, iż żeby mieć możliwość powrotu, jedna osoba powinna zostać, aby włączyć z powrotem wehikuł czasu, który po każdym użyciu samoczynnie się wyłącza.


środa, 13 marca 2013

Rozdział 6


ROZDZIAŁ 6
Nowa znajoma.


    - Ki problem? - nie ustępowała dziewczyna. - Ne kompreni.
    - Ugh. Ja też nie rozumiem - powiedziała Emilia.
    - No właśnie rozumiesz - rzekł Andrzej. - I ja też. Wy pewnie tak samo?
    - Aha – potwierdziło rodzeństwo.
    - Lepiej ją stąd zabierzmy - zaproponowała Weronika i podeszła do blondynki. - Chodź. To znaczy, eee, kom?
    Dziewczyna spojrzała w jej spokojne oczy i powoli się podniosła.

                                           * * *

    - Przepraszam, że tak długo musiałaś na mnie czekać - powiedział starszy pan otwierając drzwi. Juwenalis? Jesteś tu? - w tym momencie jego wzrok padł na połowicznie otwarte drzwi. - O nie! - jęknął i pospieszył do pokoju.
    Nikogo tam nie zastał.
    Może poszła znudzona czekaniem?” pomyślał. Zszedł na dół i przywołał swojego kamerdynera.
    - Widziałeś Juwenalis? - zapytał.
    - Naturalnie - ukłonił się wysoki brunet. - Czeka na pana na górze.
    - Dziękuję ci. Możesz odejść.
    Kiedy za służącym zamknęły się drzwi gospodarz osunął się bezwładnie na jeden z foteli, stojących pod beżową ścianą. Twarz ukrył w dłoniach.
    „Juwenalis po raz kolejny udowodniła, że nie darmo nosi to imię.” pomyślał jeszcze melancholijnie.

                                        * * *

    Emilia stała przy oknie, od czasu do czasu wtrącając się w rozmowę, i tworzyła słownik. Jak na razie dowiedzieli się, że nowo przybyła nazywa się Stanisława, Juwenalis, że mają jej mówić Juwenalis i że ona nie wie jak się tu znalazła.
    Weronika wróciła z kuchni i podała dziewczynie filiżankę mówiąc „herbata”.
    - Napar? - odrzekła na to Juwenalis.
    - Eee, tak. Herbata to napar z ziół - potwierdziła zaskoczona szatynka.
    Rozmowa, acz mozolna, okazała się bardzo owocna.
    Po zaprowadzeniu gościa do łazienki przez Weronikę, którą Juwenalis darzyła największym zaufaniem, przyjaciele zorganizowali naradę.
    - Weźmiemy ją ze sobą do bazy - powiedział Andrzej. - Nie może tu zostać, bo jak wrócą wasi rodzice, to się nigdy w życiu nie wytłumaczymy.
    - Ano - zgodziła się Weronika. - Raczej nie uwierzą, że pojawiła się znikąd, w tajnym laboratorium.
    - Toteż mówię. Najlepiej ją stąd zabrać.
    - Dobra – zgodziła się Emilia. - A co potem?
    - Może w tych notatnikach są jakieś informacje, które nam pomogą – wysnuł tezę Wiktor.
    - Czyli plan ten sam co przedtem? - upewniła się Weronika. - Czytamy dzienniki i mamy nadzieję, że coś wyjaśnią?
    - Na to wygląda - westchnęła Emilia.
    - Ciekawe jak my się tam zabierzemy. - W Weronice obudził się duch realizmu.
    - Co masz na myśli. - Andrzej zmarszczył brwi.
    - Mamy tylko cztery rowery, dużo bagażu. Pomijam nawet to, że nie wiemy czy ona umie jeździć.
    - Co fakt, to fakt - rzekła Emilia.
    - Rzeczy przewieziemy osobno, a później pójdziemy pieszo - powiedział lekceważąco Wiktor.
    Na te słowa Weronika popukała się palcem w czoło, ale nie znaleźli innego wyjścia i pomysł jej brata wszedł w życie.
    Postanowili, że pójdą skrótem przez łąki i zapłotki. W drodze do lasu mogli przyjrzeć się ubraniu,
jakie nosiła Juwenalis.
    Miała na sobie długą, bladoseledynową tunikę z krótkimi, bufiastymi rękawami, sięgającą połowy ud i przewiązaną pasem materiału, przypominającym obi*. Czarne spodnie, wyglądające jak leginsy, ale na pewno nimi nie będące, idealnie współgrały z łagodną zielenią. Buty były, chyba skórzane i wysokie. Przypominały oficerki, a przy kostkach miały białe skrzydełka, zrobione z prawdziwych piór.
    Mimo tego stroju blondynce nie było bardziej gorąco od poubieranych, w jak najmniej zakrywające ciało ciuchy przyjaciół, jej strój musiał być zatem bardzo przewiewny.
    Dzięki znajomości języków rozmowa była stosunkowo łatwa, zwłaszcza po treningu w domu.
    Oprócz pierwszych wiadomości wiedzieli już, że Juwenalis za cztery miesiące skończy dwanaście lat, że mieszka w mieście Alatum Grad.
    Obiecali, że pomogą jej wrócić do rodzinnego domu. Niestety, żadne z nich nie wiedziało, jak to zrobić. Ich plan miał wszelkie prawo nie wypalić, a nikt nie miał pojęcia, co z tym fantem zrobić. Na razie mogli mieć tylko nadzieję.
    Przechodzili obok zagrody dla koni i Weronika wykorzystała okazję, żeby poznać nowe słowo w języku Juwenalis. Wskazała jej jednego i powiedziała koń.
    - Cavalo - odrzekła Juwenalis.
    - Umiesz jeździć konno? – zapytał Wiktor zbitką różnych języków.
    Juwenalis spojrzała na niego, a jej szare oczy pełne były niedowierzającej urazy.
    - Oczywiście, że umiem. - Juwenalis jakimś sposobem go zrozumiała. - Od małego potrafię jeździć i latać.
    - Co? - Emilia sądziła, że źle usłyszała.
    - Czemu się tak dziwnie na mnie patrzycie? - teraz zdziwiła się Juwenalis. - Wy nie umiecie?
    - Jeździć – rzekł Andrzej - owszem, ale latać?
    - Och to musicie koniecznie się nauczyć. To przecudowne uczucie.
    - Jak ty to robisz? - zaciekawił się Wiktor.
    - Co? Latam? Normalnie, na Pegazie.
    Czwórka przyjaciół wytrzeszczyła na nią oczy.
    - P-pe-pegazie??? - wyjąkała Weronika.
    - No. - Juwenalis wzruszyła ramionami. Nie mogła zrozumieć, o co chodzi jej nowym znajomym. - O! - powiedziała, żeby zmienić temat. - Czyj to dom?
    - Nasz - odpowiedziała Emilia.
    - Co? Znowu nie rozumiem co mówisz.
    Emilia spróbowała w jeszcze kilku językach i wreszcie trafiła. Przez ten czas zdążyli dojść pod drzwi do dolnej części.
    - Jedno z nas śpi tutaj. - powiedziała Emilia po polsku. - Na górze już nie ma miejsca.
    - Co tutaj? - zapytała Juwenalis.
    Weronika przetłumaczyła jej co powiedziała Emilia. Pozostali zaczęli już rozpakowywać torby i plecaki.
    - Musimy starać się mówić tak, aby wszyscy rozumieli - stwierdziła Weronika.
    Problem polegał na tym, że razem znali niemal wszystkie języki europejskie i trochę poza, ale osobno znali tylko po kilka. Pomagali sobie nawzajem w nauce i dzięki temu rozumieli mniej więcej co do nich mówi Juwenalis,  ale sami nie wiedzieliby co powiedzieć.
    - Jak na razie w moim słowniku jest jakieś dwadzieścia stron. Możecie korzystać - przyzwoliła łaskawie Emilia
    - Co to? - zapytała Juwenalis wskazując zdjęcie całej czwórki na jakimś festynie. - Aulus też takie miał - dodała teraz sobie o tym przypominając.
    - Zdjęcie? - spytał Andrzej.
    - Nie wygląda, jakby było namalowane.
    - Bo nie jest. To się robi aparatem - wyjaśniła Weronika.
    - Albo telefonem - dorzucił Andrzej i zademonstrował dziewczynie jak to się robi.
    Juwenalis nie mogła wyjść z podziwu.
    - Ale to jest większe i oprawione, a to jest w tym małym. Dlaczego? - zapytała.
    - Yhm. To jest trudne pytanie. - Andrzej nie wiedział jak wyjaśnić coś takiego komuś, kto nawet nie wiedział, co to jest zdjęcie.
    Podczas, gdy Andrzej usiłował wytłumaczyć nowej koleżance, czym jest komputer, drukarka, czy pendrive, pozostali zabrali się do nadmuchiwania materaca, zabranego z domu i debatowali o możliwości zbiegu okoliczności odnośnie imienia, które wymieniła Juwenalis.
    - Ona wyraźnie powiedziała Aulus - szepnęła Wiktor.
    - Bo tylko Rojko mógł nosić to imię? - zapytał sarkastycznie Weronika.
    - Dlaczego my ze wszystkiego robimy tajemnice? - powiedziała Emilia. - Nie łatwiej zapytać? A poza tym właśnie zrobiliśmy jedną z głupszych rzeczy. Dzisiaj mam na myśli.
    Rodzeństwo  wymieniło zaskoczone spojrzenia.
    - Czyli? - zapytał Wiktor.
    - Napompowaliśmy materac - rzekła dobitnie Emilia. - Na tej, jakże olbrzymiej przestrzeni, będziemy mieli mnóstwo miejsca.
    Rzeczywiście, materac miał niezłe wymiary i teraz nie było gdzie się ruszyć.
    - To co? - zapytała Weronika. - Spuszczamy?
    - Nie chce mi się - powiedzieli równocześnie Wiktor i Emilia.
    Weronika uśmiechnęła się.
    - Tak, mi też.
    - Juwenalis? - powiedziała Emilia, przerywając Andrzejowi wykład na temat urządzeń elektronicznych. - Wspominałaś coś o Aulusie. Kto to jest?
    - To jest Radosław.
    - Ale mówiłaś, że nazywa się Aulus.
    - Bo tak się nazywa, ale też Radosław.
    - Matko, jakie to wszystko zagmatwane i dziwne - westchnęła Weronika.
    - Ja chyba rozumiem - rzekł Wiktor. - Pamiętacie jak na polski mieliśmy sprawdzić znaczenie naszych imion?
    - No - potwierdzili.
    - To Radek i ja szukaliśmy razem na informatyce. Radosław znaczy radzić albo troszczyć się lub być zadowolonym i z tego powodu zostać sławnym.
    - Jak ty to zapamiętałeś? - zdziwił się Andrzej - To było ze trzy miesiące temu.
    - Przecież to jest łatwe - powiedziała lekceważąco Weronika – Imię złożone z rad i sława. Można się domyślić.
    - Czyli każde imię, tam skąd pochodzi Juwenalis, coś znaczy - rzekł odkrywczo Andrzej.
    - Najwyraźniej - potwierdził Wiktor.
    Juwenalis, przysłuchująca im się ciekawie, teraz zażądała tłumaczenia. Kiedy już zrozumiała, o co chodzi potwierdziła słowa Wiktora i Andrzeja. Dowiedzieli się również, że każdy człowiek w swoim życiu dostanie trzy imiona. Jedno po narodzinach, drugie po skończeniu dziesięciu lat, a trzecie kiedy dokona czegoś ważnego lub zapracuje na nie w inny sposób.
    - Tego pierwszego imienia raczej się nie używa. - dodała na zakończenie Juwenalis.
    - Ja ciebie. Jakieś postrzyżyny czy co? - rzekł zdegustowany Wiktor.
    - O co ci chodzi? - spytała zniesmaczona jego zachowaniem Emilia.
    - Za dużo nowych wiadomości, jak na jeden dzień - wyjaśniła Weronika. - Nie przejmuj się nim.
    - Dobra. Nie gadajmy o, za przeproszeniem, tyłku Maryni – zarządził Andrzej – tylko zabierzmy się za czytanie.
    - Jedyna rozsądna osoba - pochwaliła Emilia.
    - Świetnie - powiedziała Weronika. - To teraz niech najrozsądniejsza osoba zajmie się gościem. Zdaje się, że Juwenalis bardzo zaciekawiła technika robienia zdjęć.
    - Słuchajcie tego! - wykrzyknął po trzech godzinach Wiktor. - To może być ważne.
    - Nienawidzę efektownych pauz i stopniowania napięcia - powiedziała Emilia, ponieważ chłopak zamilkł.
    - Przyganiał kocioł garnkowi - obruszył się Wiktor. - Sama tak robiłaś wiele razy.
    - Co innego jak ja tak robię komuś, a co innego jak ktoś robi tak mi.
    - Ale z ciebie...
    - Już wam starczy - przerwała im Weronika. Sama miała wielką ochotę włączyć się do sprzeczki, ale ciekawość wzięła w niej górę. - Mów, co znalazłeś i lepiej, żeby okazało się to naprawdę ważne.
    Wiktor prychnął.
    - Oczywiście, że to jest ważne. Słuchajcie.
    - Czekajcie - powiedziała Emilia. - Może zawołajmy Andrzeja.
    - Teraz słuchajcie – rzekł Wiktor, kiedy już siedzieli w komplecie, a Juwenalis robiła zdjęcia i filmiki komórką. - Bo czwarty raz nie będę zaczynać. Nasz kochany pan Aulus napisał bardzo ważną notkę i ja bardzo chciałbym, żebyście się zapoznali z jej treścią. „Piętnasty kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku. Nareszcie! Udało się! Maszyna gotowa. Powinno zadziałać. Tylko jedna rzecz mnie martwi. Jeśli jej użyję nie będę miał wpływu na to gdzie i kiedy się przeniosę. Jeszcze jedno. Jest bardzo możliwe, że nigdy nie wrócę. Spróbuję zbudować drugą machinę, ale nawet wtedy nie mogę być pewny powrotu. Przeprowadziłem próby, które niezbicie wykazały, iż wszelkie przenosiny w czasie wyłączają mechanizm, a bez działającej maszyny... Nic to jednak. Jestem gotów ponieść to ryzyko. Wiele już wiosen w swoim życiu widziałem, w tym stuleciu i więcej nie muszę. Oczywiście, jeśli znajdę budulec następna machina powstanie i zawsze włączoną będzie w nadziei, iż kiedyś odnajdę drogę powrotną lub ktoś znajdzie mnie.”
    - Czy ktoś wie – zapytała Emilia, ledwie Wiktor zamilkł – jak uruchomić tego czaso-teleportera?
    - Skoro Juwenalis tu siedzi – powiedział Andrzej – to musieliśmy już go przypadkowo włączyć.
    - Tylko jak? - zastanawiał się Wiktor.
    Przypomnieli sobie dzisiejszy poranek i odtworzyli wszystkie swoje poczynania. Wszyscy, oprócz Weroniki, która starała się zmienić w powietrze, snuli domysły.
    - Co ty tak cicho siedzisz? - zdziwił się Andrzej.
    - Ja? Cicho? - spłoszyła się Weronika - No może trochę.
    - Hej, młoda. Czemu się zarumieniłaś? - zaciekawił się podejrzliwie jej brat.
    - Właściwie ty byłaś tam ostatnia - zauważyła Emilia. - Mów coś narobiła.
    Weronice nagle się odmieniło. Przestała udawać, że jej nie ma, tylko powiedziała – Po pierwsze, dlaczego akurat ja. Po drugie jestem młodsza tylko o kwadrans. Po trzecie potknęłam się i oparłam o ścianę. Wystarczy?
    - A pamiętasz, w którym miejscu się oparłaś? - spytał Andrzej.
    - Oczywiście - odparła z wyższością Weronika.
    - To chwała Bogu - westchnął dziękczynnie Wiktor.
    - To dopiero połowa - zwróciła im uwagę Emilia. - Jeszcze trzeba wrócić, a słyszeliście, jeśli Weronika nie potknie się jeszcze raz, to zostaniemy po drugiej stronie.
    - Możemy wysłać tylko Juwenalis - powiedział bez przekonania Wiktor.
    - No chyba cię choroba umysłowa tyka - rzekł Andrzej. - Przepuścić taką okazję?!
    - To co innego proponujecie? - zapytał Wiktor.
    - To chyba oczywiste, że ktoś będzie musiał zostać na miejscu - powiedziała Emilia.
    - Ciągniemy zapałki? - zapytał z zaciekawieniem Andrzej.
    - Trzeba będzie - odparła na to Weronika.
    - To nie teraz - powiedział Wiktor. - Nie mamy zapałek.
    - Chodźcie - zaproponowała niespodziewanie Juwenalis. - Przejdźmy się po lesie.
    - A co? - zapytał Andrzej. - Znudziło ci się robienie zdjęć?
    - Nie - odpowiedziała z chytrym uśmiechem. - Na dworze mogę zrobić więcej.
    Tak więc poszli na spacer. Juwenalis szalała. Biegała tam i z powrotem z telefonem w ręku, robiąc zdjęcia wszystkiemu co się napatoczyło.
    - Jak tak dalej pójdzie to ci całe miejsce zajmie - powiedział Wiktor do Andrzeja, kiedy blondyna fotografowała mrowisko ze wszystkich stron.
    - A co jej będę żałował. Niech dziewczyna ma.
    - Zaraz lunie - powiedziała beznamiętnie Weronika.
    - Co ty mówisz? - zdziwiła się Emilia.
    - To popatrz na niebo - powiedziała Weronika, a Emilia poszła za jej radą.
    Nadciągały ciemne chmury. Część z nich przesłoniła słońce. Zrobiło się ponuro. Cały dzień było duszno i panował przeraźliwy skwar. Teraz, kiedy ciężkie i najwyraźniej deszczowe chmury zawisły nad nimi, poczuli ulgę na myśl o chłodnych kroplach, które za chwile na nich spadną.
    - Lepiej wracajmy - powiedział Wiktor.
    Bez zbytniego pośpiechu ruszyli w stronę bazy, a za sobą słyszeli krople spadające na liście. Do domku dotarli tylko trochę zmoczeni.
    Weszli do dolnej części, w której zostawili wszystkie rzeczy.
    - Chcecie jeść? - zapytał Andrzej. - Ja bardzo.
    Zabrali się do pracy. Wiktor wyciągnął całą zastawę, na którą złożyły się plastikowe kubeczki i sztućce i papierowe talerzyki. Emilia znalazła kanapki, owoce i różne słodycze. Andrzej sprzątnął ze stolika. Weronika poinformowała Juwenalis o posiłku.
    Kiedy już wszystko było gotowe, Weronika nalała każdemu herbaty z termosu. Rzucili się na jedzenie jak wygłodniałe wilki na owce.
    - O nie! - jęknęła Weronika, której się przypomniała poranna rozmowa z rodzicielką. - Będziemy musieli wrócić do domu.
    - Co?! - zawołali wszyscy, łącznie z Juwenalis.
    - Ja się nie zgadzam - zaprotestował Wiktor.
    - Nic na to nie poradzisz - powiedziała ponuro. - Obiecałam mamie.
    - Może do niej zadzwoń? - zaproponowała Emilia.
    - Zaraz sama zadzwoni - stwierdziła Weronika. - Alee...
    - Co „ale”? - zapytał Andrzej.
    - No w sumie, jeśli przestanie padać do wieczora, to będziemy mogli  zostać. Mama mówiła o nocy, a nie o dniu.
    - Co ma być to będzie - filozoficznie rzekł Andrzej. - Może w coś pogramy?
    - A może w końcu przeczytamy te dzienniki? - powiedziała Emilia.
    - Wszystkie gry są na górze - rzekła Weronika. - Jak chcesz to po nie idź.
    - Dlaczego nie mamy tu kibla? - zapytał Wiktor. - Niech wreszcie przestanie tak lać.
    - Przydaj się na coś - powiedziała do niego Weronika. - Jak i tak idziesz moknąć, to przynieś z góry coś do grania.
    - Pograjcie sobie w tetrisa - burknął, ale podniósł się z miejsca.
    Czas do wieczora zleciał im na graniu w karty, kości i planszówki.
   Nauczyli Juwenalis grać w wojnę, kuku, remika i kanastę, a ona pokazała im kilka gier z jej stron, zaznaczając przy tym, że te karty są inne. Emilia się zaparła i doczytała notatki pana Rojko do końca.
    Spać poszli wcześnie, przewidując, że jutro powinni być wypoczęci.

__________________________________________________
* Obi to według Wikipedii „japoński odpowiednik szarfy lub pasa, używany do kimono”

czwartek, 21 lutego 2013

Rozdział 5


ROZDZIAŁ 5
Niespodziewany gość

  
    Emilia nie myliła się co do ciężkiej pracy.
    Zerwali się z samego rana, co prawda troszkę nie wyspani, ale pchani siłą rozpędu odsłonili mechanizm, zakrywany przez obraz.
    Porównali oryginał z rysunkiem i, upewniwszy się uprzednio, że wszystkie szczegóły się zgadają, odwiesili malowidło. Następnie usiedli na łóżku. Weronika obsłużyła kolegów blokami technicznymi i ołówkami.
    - Czyli musimy – podsumował Andrzej – wpisać Chronos i Aion. Ale jak? Pokaż to dziwne coś – zwrócił się do koleżanki.
    - To dziwne coś – wyjaśniła Emilia – wygląda jak zegar, tylko zamiast cyfr ma litery. Za dwunastkę jest N, za jedynkę C, potem N, O, H, I, O, S, I, R, O i A zamiast jedenastki.
    Wiktor zapisał litery na kartce, a obok napisał imiona dwóch bogów czasu.
    - Wiecie co ja myślę? - zapytał głupio.
    - Tak, oczywiście – zadrwiła Weronika. - Przecież każdy z nas umie czytać w myślach. Ty nie?
    Brat ją zignorował. - Uważam, że powinniśmy lecieć po kolei. To znaczy – dodał widząc na sobie pytające spojrzenia przyjaciół. - Przekręcić tę trójkątną część najpierw na C, potem na H, R, pierwsze O, pierwsze N, drugie O i S. I tak dalej.
    - Geniuszu - powiedziała sarkastycznie Weronika - koło nie ma początku.
    - Masz rację – zgodził się z nią – ale, jak zauważyła Emilia, cytuję „ to dziwne coś wygląda jak zegar”. Trzeba iść godzinami.
    Weronika zamilkła.
    - To tylko jedna z wielu możliwości - ostrzegła go Emilia. - Nie bądź taki pewny swego.
    - Dobra – zdecydował Andrzej – Co szkodzi spróbować?
    Już podniósł się i skierował w stronę obrazu, kiedy do drzwi zapukała pani Nikola.
    - Co chcecie na śniadanie? Szybko składajcie zamówienie, bo Mikołaj siedzi w kuchni i już robi.
    - A co? - spytała ciekawie Weronika.
    - Hmm. Nie wiem. - Uśmiechnęła się do córki. - Znasz swojego ojca.
    - Ja chcę jajecznicę – poprosił Wiktor.
    - I płatki – dodała siostra.
    - A wy? - zapytała gości gospodyni.
    - Ja chyba też zjem płatki. - odpowiedziała Emilia.
    - Ja chciałbym dwie kanapki z szynką.
    - Świetnie. To ja idę na dół.
    Przyjaciele spojrzeli po sobie. Nie wiedzieli czemu, ale nie chcieli, żeby państwo Niki dowiedzieli się o ich prywatnej zagadce.
    - Może powinniśmy im powiedzieć? - zaproponowała Emilia, choć z góry było wiadomo, że tego nie zrobią.
    - Nie.
    - Przecież to nic ważnego.
    - To na pewno błaha sprawa. Po co mają sobie tym zawracać głowę.
    - OK - zgodziła się łatwo Emilia. - Z dążymy chyba przed śniadaniem z tymi bogami, co?
    - Lepiej zróbmy to po śniadaniu - zdecydowała Weronika, wychodząc już z pokoju. - Będzie spokojniej.
    Po posiłku wrócili pędem na górę. Wiktor drżącymi z emocji rękami zdjął obraz. Emilii również trzęsły się ręce, gdy wskazywała kolejno litery.
    Kiedy skończyła i opuściła ręce, trójkąt wykonał do tyłu obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni.
    Oniemiali, stali i patrzyli jak z cichym szelestem wysuwa się część ściany, ukazując ich oczom początek kręconych schodów, prowadzących w dół. Prosto w ciemność.
    - Strasznie strome są te schody – przerwał wreszcie milczenie Andrzej.
    - Muszą – odpowiedziała trzeźwo Emilia. - Inaczej bardzo rzucałby się w oczy fakt, że część ściany odstaje od reszty i jest pusta w środku.
    - Schodzimy? - zapytała drżącym głosem Weronika.
    - Nie teraz - odrzekł Wiktor. – Kiedy nasi rodzice wyjdą.
    - Tata, zdaje się już wyszedł, a mama idzie do pracy za dwie godziny.
    - Nooo, to przecież nie będziemy tu stać, jak te kołki przez ten czas - stwierdził Andrzej i zaproponował douporządkowanie biblioteki.
    Dwie godziny później, znów stali przed wejściem niczym słupy soli. Nie umieli wymówić nawet słowa.
    Andrzej próbował przełknąć ślinę, ale w ustach czuł przeraźliwą suchość.
    - No to schodzimy. - Powiedział lekko zachrypniętym głosem i pierwszy wszedł w ciemność.
    Reszta, ośmielona jego odwagą, poszła za nim.
    Przyświecając sobie latarkami, zeszli trzy piętra niżej. 
    - Jesteśmy pod piwnicą – szepnęła Weronika.
    Wiktorowi przyszła nagle do głowy myśl, która omal nie przyprawiła go o zawał serca.
    - A co jeśli przejście się zamknie? - zapytał niemal niedosłyszalnie.
    Emilia, jedyna która usłyszała jego wypowiedź, pobladła i rzuciła się w kierunku schodów.
    - Gdzie ona tak poleciała? - zaniepokoił się Andrzej.
    Wiktor powiedział im, już trochę głośniej, co wstrząsnęło nim, później Emilią. Weronika i Andrzej zdążyli się porządnie wystraszyć, zanim dziewczyna wróciła.
    - Nie były zamknięte – powiedziała zadyszana od biegu. - Postawiłam w przejściu krzesło dla pewności. 
    Uspokojeni mogli poświęcić całą swoją uwagę na penetrowanie wnętrza.
    Weronika znalazła włącznik światła, opierając się w pewnym momencie o ścianę. Przeglądali notatniki znalezione na biurku, kiedy zalała ich jasność. Nagły przypływ światła, sprawił że podskoczyli ze strachu.
    Kolejna dawka zaskoczenia sprawiła, że stali się bardziej nerwowi. Szybko jednak docenili korzyści, jakie otwierał przed nimi zapalony żyrandol, zawieszony u sufitu.
    Wyłączyli latarki, porzucili zapiski poprzedniego właściciela posiadłości i rozejrzeli się dokładniej po pomieszczeniu.  
    - WOW!!!!!!! - podsumował niezwykle trafnie Andrzej.
    Pokój stanowił połączenie gabinetu przyrodnika z laboratorium szalonego naukowca.
    Wszędzie porozwieszane były plansze, przekroje, opisy i schematy roślin, zwierząt i maszyn. Na blacie stały różne fiolki i słoje z resztkami, nie nadającymi się już do obojętnie jakiego użytku. Przy przeciwległej schodom ścianie było szerokie, okrągłe podium obudowane niskim murkiem, sięgającym kolan. Nad tym nietypowym placem zawieszony został metalowy okrąg z drutami łączącymi środek z brzegami tegoż okręgu. Całość robiła imponujące wrażenie.
    - Ja nie... No, to jest... Super - oznajmiła Emilia.
    - Tu jest obłędnie!!!!! - wyraził swój zachwyt Wiktor.
    - Bierzcie po zeszycie i spadamy - przerwała im te okrzyki Weronika. - Nie powinno nas tu być.
    - Wręcz przeciwnie - powiedziała Emilia. - Niby po co były te wszystkie zagadki i wskazówki?
    - Żebyśmy znaleźli to miejsce - przyłączył się do niej Andrzej.
    - Ja nie mówię, że się tu włamaliśmy. Twierdzę tylko, że nie jest to miejsce dla nas.
    - Od kiedy jesteś taka grzeczniutka? - zdziwił się Wiktor.
    Siostra spojrzała na niego wilkiem.
    - Najpierw dowiedzmy się, czemu miało służyć to pomieszczenie. – Nie ustępowała - A później kiedy już upewnimy się, że przebywanie tutaj...
    - Ok - przerwała jej Emilia, wiedząc, że nie wygrają z tym osłem w ludzkiej skórze. - Niech ci będzie. Chłopaki, bierzcie makulaturę - rozkazała.
    - Może wreszcie zanocujemy na tym drzewie, co? - zapytał Wiktor, kiedy szli na górę.
    - Właśnie – poparł go Andrzej.
    - W sumie niezły pomysł – pochwaliła Emilia. - Będziemy mogli przeglądać notatniki bez obaw, że ktoś nam przeszkodzi.
    - No dobra - zgodziła się Weronika. - Zostawiliśmy latarki i zapalone światło – zauważyła, kiedy byli już na górze. - Zacznijcie się pakować, a ja zejdę z powrotem.
    Schodząc słyszała, jak Andrzej powiadamia swoją rodzicielkę o planach grupy przez komórkę.
    Latarki znalazła na biurku i już miała wracać, kiedy ciekawość wzięła nad nią górę.
    Powoli podeszła do kręgu. Obeszła go dokoła, gdy nagle potknęła się na nierównej posadzce. Byłaby się przewróciła, na szczęście skończyło się tylko na obtartej dłoni, gdy w ostatniej chwili oparła się o ścianę z cegieł.
    Zła na siebie, klnąc w myślach szybko wyszła z tego „idiotycznego miejsca”, gasząc za sobą światło.
    Za nią zaczęły dziać się dziwne rzeczy.

                                                      * * *

    „Dziadek nie pozwala tam wchodzić” pomyślała jasnowłosa, na oko dziewięcioletnia dziewczyna, stojąc przed lekko uchylonymi drzwiami. „Ale o patrzeniu nic nie mówił, więc jeśli tylko zajrzę to, chyba nic się nie stanie.”
    Zaglądnęła przez szparę do niedozwolonego pokoju. To co ujrzała zaintrygowało ją tak, że zapomniała o zakazie. Rozglądnęła się czy nikt, a zwłaszcza Dziadek, nie idzie i weszła do środka.
    Znalazła się w małym pomieszczeniu. Na scriptorium leżały pergaminy i papirusy, niektóre luzem, a niektóre oprawione w okładki. W kałamarzach były pióra, trzciny i atrament. W donicach rosły rośliny, przez nią nierozpoznane. Kilka obrazów przedstawiało nieznany jej widok. W szklanej gablotce było mnóstwo rzeczy, o których nawet nie wiedziała, że istnieją. Cały pokoik składał się dla niej z samych niewiadomych.
    „To chyba jego prywatne sanktuarium.”
    Podeszła do dziwnego baseniku, stojącego za niedokładnie zasuniętym parawanem. 
   Było to takie samo podium otoczone murem, z okręgiem zawieszonym wyżej, jakie znalazła czwórka przyjaciół. 
   Blondynka pomacała cegły i spojrzała do góry na obręcz. Weszła na murek i opierając się ręką o ścianę próbowała dotknąć druty.
    „Jestem za niska.” pomyślała z niezadowoleniem. „Chyba...”
    Wtedy zagrzmiało. Dziewczynie wydało się, że piorun trafił prosto w dom, w którym się znajdowała. Wpadła do środka koła. Stłukła sobie przy tym boleśnie łokieć i pośladki. Okrąg nad nią rozjarzył się bladoniebieskim światłem.
    Zamknęła oczy i zagryzła wargi, żeby nie krzyknąć.

                                                      * * *                                                         
   
    Siedzieli na łóżku Wiktora i słuchali jednostronnie rozmowy, którą toczyła Weronika z matką. Byli już spakowani i gotowi do wyjścia. Czekali tylko na zgodę pani Nikoli.
    - Tata pozwolił. Kazał jeszcze tylko zapytać ciebie. … Nic się nam nie stanie. … Ale... Dobrze... Tak... Dziękuję. - Rozłączyła się i przewróciła oczami. - Mamy zgodę, ale pod warunkiem, natychmiastowego powrotu gdyby; padało, śnieżyło, wybuchł wulkan, było trzęsienie ziemi, tsunami, trąba powietrzna, któreś z nas miało złamanie otwarte lub zamknięte jakiejkolwiek części ciała, napad dzikich zwierząt na przykład much i wszelkie inne kataklizmy włącznie z katarem.
    - To co idziemy? - zapytał dziarsko Andrzej.
    - Jasne! - zawołała Emilia.
    - To bierzemy po plecaku – powiedziała Weronika – i już nas nie ma.
    - Cicho! - poprosił Wiktor. - Słyszycie?
    - Coś słyszę - rzekła po chwili Emilia.
    - Aha – dodał Andrzej. - Coś z dołu.
    Weronika wzięła jedną latarkę i pierwsza zeszła po schodach. Pamiętała o potknięciu i wydawało jej się, że coś wcisnęła, ale nie była pewna i wyrzuciła niechcianą myśl z głowy. Teraz miała same obawy.
    Skuloną i przestraszoną blondynkę znaleźli na środku podium.
    - Var jam er? - spojrzała na nich błagalnie zapuchniętymi od płaczu oczami.
    - No to mamy problem - stwierdził ponuro Wiktor w zapadłej po tym pytaniu ciszy.
    - Va du sa? - zapytała zdezorientowana. - Var jam er?! - powtórzyła rozpaczliwie.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Rozdział 4


ROZDZIAŁ 4
Rozwikłanie zagadki

    Drogę do domu pokonali w błyskawicznym tempie, nie odzywając się do siebie i całą energię wkładając w  nogi. Rowery złożyli byle jak w szopie zmienionej w garaż. Wbiegli szybko do budynku i tam zmuszeni byli się zatrzymać.
    - Matko boska – zawołała pani Nikola. - Coś się stało?
    - Nie – odparł Wiktor, a pozostali pokiwali głowami.– Po prostu chcieliśmy jak najszybciej wrócić. - I była to sama prawda.
    - Dobrze – uspokoiła się jego matka. – Kolacja będzie za chwilę.
    - Dziękujemy – powiedziała Emilia.
    - Idziemy do biblioteki - zawołała Weronika i już ich nie było.
    Weszli do pomieszczenia i rzucili się na malunek. Andrzej ściągnął obraz, ale za nim nic nie było. Rozczarowany już chciał odwiesić go z powrotem, kiedy Emilia wydała z siebie zduszony okrzyk.
    - Spójrzcie! Do ramy jest coś przyczepione!
    - To jakaś kartka! - wykrzyknął Wiktor i wyciągnął papier.
    - Przeczytaj  co jest tam napisane - rozkazał Andrzej, zawieszając obraz na ścianie.
    - To po grecku. - stwierdził.
    - Daj mi to - zażądała Emilia.
    Czas teraz wyjaśnić jak się poznali. W podstawówce chodzili razem do tej samej klasy. Jednak to nie tam się zaprzyjaźnili. Oprócz zwykłych lekcji, jeździli do miasta pobierać nauki języków obcych. Mieli inteligentnych rodziców, którzy słusznie twierdzili, że lepiej znać nie tylko ojczystą mowę. I tak każde z nich znało angielski, niemiecki i francuski. Tych trzech uczyli się od małego. Później, kiedy już mamy uznały ich za odpowiednio dorosłych do samodzielnej jazdy autobusem, zawsze siadali koło siebie i powoli stali się nie rozłączni.
    Po angielskim, niemieckim i francuskim ich drogi się rozeszły. Weronika stała się ekspertką w mowach słowiańskich. Emilia postawiła na łacinę, grekę, grupę romańską i uczyła się perskiego. Andrzej biegle posługiwał się walijskim, irlandzkim, szkockim, holenderskim i językami skandynawskimi. Wiktor celował w japoński, tajski, węgierski, fiński i galicyjski. Znał też trochę albański.
    Nauka przychodziła im łatwo. Cała czwórka miała nieprzeciętne zdolności językowe, zapewne zapisane w genach. W ich rodzinach wszyscy członkowie potrafili porozumieć się w co najmniej pięciu językach.  
    Teraz Emilia studiowała tekst z kartki.
    - To po starogrecku - stwierdziła – Nie wiem czy uda mi się dokładnie przetłumaczyć, ale spróbuję.
    - Jak coś, to widziałam tu słownik.
   - Ja - przeczytała Emilia - wysłanniczka najmądrzejszej, przekazuję wam wskazówkę. Dobrze radzę, przypatrzcie się memu otoczeniu i nie tracąc czasu, zapiszcie wiek.  
    - Dlaczego to się nie rymuje? - zapytał z żalem Wiktor.
    Emilia popatrzyła na niego niechętnie swoimi, zielonymi oczami.
   - To jest przekład mojego autorstwa, a ja nie jestem wierszokletką. Zresztą w oryginale też nie było rymów.
    - A czy „aion” nie oznacza epoki? - spytała Weronika, błądząc wzrokiem po liściku.
    - Tak - odpowiedziała przyjaciółka. – Wiek, epoka. A co?
    - Nic. Tak tylko pytam.
    - Dzieci! - zawołała z kuchni pani Nikola. - Chodźcie jeść.
    Po kolacji poszli szybko na górę. Korzystając z tego, że państwo Niki siedzieli na dole, sprawdzili co jest za obrazem w ich pokoju.
    - W skarbnicy wiedzy wiadomość leży. - Przeczytała Emilia wiadomość, napisaną, dla odmiany łaciną.
    - Są dwie możliwości. – powiedział Wiktor – Albo patrzymy w odwrotnej kolejności...
    - Albo chodzi o coś innego - wpadła mu w słowo siostra. - Na przykład książka...
    - Bo, że o bibliotece tu mowa – przerwał jej z kolei Andrzej – to nie ma wątpliwości.
    - Dobra – rzekła Emilia – został nam jeden obraz. Sprawdzimy co jest tam i możemy pomyśleć.
    Niestety, w salonie rodzice bliźniąt oglądali telewizję. Poszli więc do biblioteki. Emilia przepisała przetłumaczony tekst z obu kartek do swego świętego zeszytu. Andrzej przyniósł dwa słowniki, łacińsko-polski i grecko-polski.  
    - Lepiej się upewnić - uśmiechnął się do Emilii.
    Tymczasem Wiktor buszował w gabinecie. Sprawdzał czy nie ma tu wskazówki. Wprawdzie notka mówiła o skarbnicy wiedzy, ale gabinet nie był oddzielnym pomieszczeniem. Stanowił część czytelni, a poza tym, też leżało w nim mnóstwo woluminów. Nie znalazł tego czego szukał, lecz zobaczył książkę, która go zainteresowała. Jej tytuł brzmiał „Bogowie starożytnej Grecji i Rzymu”. Zabrał ją ze sobą i usiadł obok kolegów.
    - Gdzie Weronika? - zapytał.
    - A, gdzieś tam. - Emilia jedną ręką machnęła w stronę regałów, a na drugiej nadal opierała policzek. Nie podniosła głowy znad zeszytu i zasłona kasztanowych włosów, sięgających jej za łopatki uniemożliwiła Wiktorowi zobaczenie nad czym tak się zastanawia.
    - Ktoś mnie wołał? - Weronika pojawiła się przy nich.
    - Tylko pytałem gdzie byłaś.
    - Szukałam tej wiadomości z liściku. Przejrzałam mnóstwo książek. Przy okazji je posegregowałam. 
    - Dobry pomysł - pochwalił ją Andrzej. - Możemy upiec dwie pieczenie  na jednym ogniu. A nawet trzy, bo i czas szybciej zleci.
    O wpół do jedenastej państwo Niki opuściło salon i dali pole do działania nastolatkom.
    - Nie utrudniajcie sobie, odpowiedź jest blisko. Bogowie was przeprowadzą przez wszystko. - Teraz czytał Wiktor. Wiadomość była po galicyjsku.
    Emilia przepisała ją szybko do kajetu.
    - Co wy tu jeszcze robicie? - zdziwił się pan Mikołaj. - Do łóżek marsz.
    Poszli na górę, przebrali się w piżamy i czekali, aż gospodarz zaśnie.
    Wiktor, tymczasem przeglądał książkę, znalezioną w bibliotece. Na razie nie czytał, przeglądał ją tylko i oglądał obrazki, pojawiające się od czasu do czasu. Doszedł właśnie do Ateny. Spojrzał na ilustrację i serce zjechało mu do żołądka. 
    - Andrzej! - syknął – Patrz.
    - Ja – tu wyraził co on – przecież to ta sowa.
    - Aha – przytaknął Wiktor. – Tata już pewnie śpi. Chodźmy do dziewczyn.
    Skorzystali z tajnego przejścia. Drzwi nie wydawały już tego upiornego dźwięku, który zaskoczył ich za pierwszym razem. Sami się o to postarali.
    Dziewczyny odwróciły się, kiedy usłyszały, że wchodzą.
    - Już chciałyśmy do was... - zaczęła Emilia i urwała w pół słowa. Widocznie ich miny mówiły same za siebie.
    - Szybko powiedzcie coście znaleźli - zażądała Weronika.
    - To on znalazł. - rzekł szybko Andrzej widząc dwie harpie, zachłannie  wpatrujące się w niego i Wiktora.
     Przyjaciółki patrzyły już tylko na Wiktora, a on tryumfalnie otworzył książkę i pokazał im ilustrację Ateny z sową.
    Weronika rzuciła się do laptopa. Wpisała w wyszukiwarce „sowa Ateny”. W obrazach pokazał się ptak, który dawał im wskazówki.
    - Sowa pójdźka – przeczytała podpis pod zdjęciem. Teraz napisała „pójdźka” i kliknęła pierwsze co jej się wyświetliło. - Pójdźka zwyczajna, Athene noctua. Nawet nazywa się sowa Ateny. Czemu nie wpadliśmy na to wcześniej? 
    - Dobra, tam - pogonił ją niecierpliwie Andrzej. - Czytaj dalej.
    - Charakterystyka raczej nas nie obchodzi - mruczała do siebie przewijając stronę. - Ciekawostki. W starożytnej Grecji pójdźka była poświęcona Atenie. Wierzono, że używała je jako posłannice.   
    - To stąd ta wysłanniczka najmądrzejszej - zrozumiał Wiktor.
    Emilię nagle olśniło. Wzięła książkę o bogach i otworzyła ją na spisie treści.
    - O co chodzi? - zapytał ją Andrzej. - Wyglądasz, jakbyś doznała Objawienia Pańskiego, czy czegoś w tym rodzaju.
    - A jeśli – zaczęła – te dwie ostatnie wskazówki mówiły o tym samym? Te o skarbnicy i o bogach nas prowadzących. - dodała widząc pytające spojrzenia.
    - Rozumiem – powiedziała Weronika. - Myślisz, że to wiadomość, w której poprowadzą nas bogowie.
    - Ja uważam, że ta notka z sypialni odnosiła się do pierwszego liściku. - orzekł Wiktor. - Zaś to o tych bogach musi być o tej książce.
    - Albo to przypadek. - stwierdziła trzeźwo Weronika.
    - Wiedziałam – wykrzyknęła Emilia. Trzeba dodać, że całą rozmowę prowadzili szeptem. - Popatrzcie na kartkę z biblioteki i na spis treści.
    Zgodnie pochylili głowy nad tekstem pisanym po grecku. Czytanie w tym języku nie sprawiało im żadnych trudności. Wszyscy czworo znali alfabet łaciński, grecki i cyrylicę, która bardzo przypomina grecki. Umieli to powiedzieć, ale nie całkiem rozumieli tekst.
    - Tu – pokazała im Emilia. - Przetłumaczyłam to jako „nie gubiąc czasu, wpiszcie wiek”. A chodziło o to, żeby nie stracić Chronosa i wpisać Aiona.  
    - Co?
    Emilia nic nie mówiąc otworzyła „Bogów Greckich i Rzymskich” na Aionie.
    - Aion – przeczytał Wiktor, który stał najbliżej Emilii, bo ta najwyraźniej w świecie zapomniała jak się mówi. - Grecki bóg czasu. -
Jego wzrok padł na obrazek obok. - Patrzcie! To te dwa klucze. Klucze do wrót przeszłości i przyszłości.
    - A cztery pory roku – dodała odkrywczo Weronika - miały nas naprowadzić na Chronosa.
    - Bogowie nas przeprowadzą - powiedział Wiktor.
    - Cały czas chodziło o czas - rzekła rozgoryczona Weronika.
    - I co teraz? - zapytał Andrzej.
    - Teraz idziemy spać – powiedziała złowieszczo Emilia – bo jutro czeka nas pracowity dzień.
    - Jak można zasnąć po czymś takim? - powiedział Andrzej.
    Pięć minut później spał snem kamiennym.

niedziela, 3 lutego 2013

Rozdział 3


ROZDZIAŁ 3
Stado sów

    Rodzina Niki mieszkała w swoim nowym domu już tydzień.
    Andrzej i Emilia codziennie przychodzili do swoich przyjaciół. Podczas tych odwiedzin głowili się nad tym, co mogą oznaczać litery na okręgu, którego środek stanowił odstający trójkąt. Nie musieli ściągać obrazu, by oglądać „zegar słoneczny” we wgłębieniu w ścianie, ponieważ Emilia od razu przerysowała każdy szczegół do zeszytu, z którym się nie rozstawała.
    Oprócz rozwiązywania zagadek musieli również dokańczać porządki. 
    Siedzieli właśnie w bibliotece i układali książki, które uprzednio powpychali byle jak i byle gdzie na półki.
    Postanowili też sporządzić katalog, jak w prawdziwej bibliotece. Przy okazji odkładania czytali trochę i okazało się, że lektura jest bardzo ciekawa i pouczająca. Sprzątanie szło jak z kamienia, za to czwórka przyjaciół poszerzała swą wiedzę.
    Emilia skończyła czytać interesujący rozdział dzieła, traktującego o sztuce leczenia ziołami. Zapisała dane dotyczące księgi i ustawiła ją na właściwym miejscu. Podniosła głowę w poszukiwaniu następnego tomu i jej wzrok padł na przeciwległą ścianę.
    - Zauważyliście – powiedziała powoli – że tu też jest taki obraz, jak ten w pokoju Wiktora?
    Pozostała trójka spojrzała we wskazanym kierunku.
    - Rzeczywiście – powiedziała ze zdumieniem w głosie Weronika – że też nie zauważyliśmy tego wcześniej.
    - Chodźcie – zawołał Andrzej zrywając się z miejsca. – Może za tym też coś jest.
    Szybko podeszli do malowidła.
    - Wam też się wydaje, że coś tu się nie zgadza? - zapytała Weronika.
    - Właśnie chciałam spytać o to samo.                                              
    Długo próbowali znaleźć różnicę, ale nie umieli. Wreszcie odezwał się Wiktor.
    -Spójrzcie na niebo. Jest ciemniejsze. I jeszcze lecą po nim jakieś ptaki.
    Istotnie. Na poprzednim obrazie był wschód i sowa miała pochyloną głowę, teraz słońce zachodziło, a ptak przypatrywał się uważnie lecącemu kluczowi.
    Andrzej spojrzał z ociąganiem na książki, które (czytali) mieli poukładać i podjął męską decyzję.
    - Może jeszcze gdzieś są inne obrazy. Przejdźmy się po domu i poszukajmy ich.
    Rozdzielili się. Każdy poszedł w inną stronę. Wiktor do gabinetu, Andrzej do pokoju dziennego, Emilia miała spenetrować hol, a Weronika sypialnie rodziców po drodze również sprawdzając korytarz na piętrze. Z tego wszystkiego zapomnieli sprawdzić, co jest za malowidłem.
    Znalazły się jeszcze dwie sowy. Jedna w salonie druga w pokoju państwa Niki. Na żadnym obrazie nie powtórzyła się pora doby. Na tym z salonu był środek dnia, a na tym z sypialni panowała noc.
    - Najlepiej będzie – oznajmiła Emilia – jeśli sporządzimy dokładne opisy obrazów i potem wypiszemy szczegóły, którymi się różnią.
    - To przecież nie teraz - Wiktor zaprotestował. – Skończmy najpierw ten jeden regał.
    - On ma rację - Weronika wyjątkowo zgodziła się z bratem. - Pierw zrób jedno i weź się za drugie.
    - Mówisz jak moja mama. - skrzywił się Andrzej. - Ale niech wam będzie.
     Zrezygnowali na razie z tajemnicy, na rzecz ciekawej lektury, to znaczy  na rzecz porządków. Nawet Emilia, która zdawała się coraz bardziej zaintrygowana tajemnicą, z radością wzięła udział w ogólnym szale czytelniczym.
     Wieczór zastał ich siedzących na podłodze, otoczonymi kartkami papieru i książkami. Nadszedł czas, aby się pożegnać.
    - Rodzice mówią – przypomniała sobie Weronika – że możecie zostać na noc, jeśli chcecie. Oferta ważna od jutra i nie kończąca się nigdy.
    - Jasne, że chcemy! - odpowiedział za siebie i Emilię Andrzej.
    - A gdzie mielibyśmy spać? - spytała rzeczowo Emilia.
    - Albo na dmuchanym materacu, albo na łóżku. – odpowiedział Wiktor – Zależy gdzie chcecie, bo nam to wszystko jedno.
    - OK - uśmiechnął się Andrzej – Zameldujcie rodzicom, że jutro „ja zostaję tu do rana”
    - Ja też jestem zakręcona i nocuję u was.
    Następnego dnia zostali wygonieni na dwór przez państwo Niki. Czas do wieczora spędzili bardzo aktywnie. Mianowicie wpadli na pomysł, a właściwie to Andrzej wpadł, dokończenia swojej bazy. W zeszłym roku chcieli zrobić to samo i prawie ów plan wykonali. Teraz należało ją tylko udoskonalić.
    Ich baza stanowiła coś pośredniego między domkiem na drzewie, a szałasem. Tylną częścią opierała się o drzewo i miała dwa piętra. Kiedyś było to mieszkanie leśniczego, które zostało częściowo spalone. Spłonęła tylko połowa budynku wraz z dachem, pozostała część została jedynie okopcona. W poprzednie wakacje, nim zabrali się do pracy porządnie sprawdzili wytrzymałość pozostałych ścian i podłogi. Później uzupełnili brakującą ścianę panelami, a jako izolację wepchnęli siano między dziury. Następnie zrobili płaski dach z płyt OSB i umocnili konstrukcję wspornikami. Dokładnie nad dachem  były dwa grube konary, ukośnie odchodzące od pnia. Na tych gałęziach umieścili bardzo twarde płyty pilśniowe. Przynieśli starą zasłonę prysznicową, w charakterze firanki (prawdziwych nie pozwolono im zabrać). Pocięli ją i przybili do ram okiennych. I na tym ich praca się skończyła. Nic więcej im się robić nie chciało.
    Rodzice dopilnowali, by ciężka praca pociech nie poszła na marne. Dorobili ściany piętra, wycieli w nich otwory na okna i drzwi, ogrodzili platformę drewnianą balustradą (górna część domku była mniejsza od dolnej), wstawili szyby i zabezpieczyli budowlę przed niechcianymi gośćmi.
    Prawie wszystkie materiały budowlane dostali od pana Greda, który remontował dom i nie bardzo wiedział co zrobić z pozostałym budulcem – wyrzucić szkoda, ale nie ma gdzie użyć. Można powiedzieć, że spadli mu z nieba. W zamian obiecali dostarczać mu trawę (każdy z nich miał podwórze) dla kozy, krowy i królików.
    Oprócz pana Greda sponsorował ich wujek Emilii, który był stolarzem. Tam, żeby zapracować na potrzebne przedmioty musieli asystować panu Zejtarowi. To znaczy: posprzątać jego miejsce pracy, pomóc przy żywym inwentarzu, robić zakupy i tym podobne.
    To właśnie dlatego nie dokończyli bazy. Weronika stwierdziła, że jeśli tak będzie wyglądało każde staranie się o cokolwiek, to ona się z interesu wypisuje. Pozostała trójka całkowicie się z nią zgodziła.
    Teraz sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Przy przeprowadzce z jednego w pełni umeblowanego domu do drugiego zostaje mnóstwo rzeczy, z którymi nie wiadomo co począć. Znalezienie wyposażenia nie nastręczało więc żadnych trudności, a w sumie już tylko to zostawało. Największym problem przedstawiało się wnoszenie tych mebli na piętro mając do dyspozycji tylko drabinę.
    - Tato – zapytał Wiktor – możemy wziąć kilka rzeczy do naszej bazy?
    - Tak. Oczywiście. Możecie brać wszystko co chcecie z tamtego pokoju.
    W jednym z pokoi państwo Niki urządziło składzik mebli „jeszcze nie pozbytych”. Przyjaciele wybrali z niego kilka sprzętów i załadowali na dwie przyczepki rowerowe. Jechali kwadrans do lasu i tam podzielili się na dwie grupy. Jedna, czyli Weronika i Andrzej, została i miała umeblować bazę, a druga – Emilia i Wiktor – udała się po następną partię. 
    Przewidzieli coś takiego jak kurz i zaczęli od zamiatania.
    - W porównaniu z tamtym, to teraz, to jest sama frajda - powiedziała Weronika, może trochę nie jasno, ale Andrzej ją zrozumiał.
     - Weź przestań. Tu nie ma mowy o porównywaniu. Ja do dzisiaj kaszlę kurzem.
    Weronika pokiwała głową. Wcale nie uważała, że Andrzej przesadza.
    Dół został udekorowany cięższymi rzeczami. Pufy, krzesła, a nawet mała kanapa i rozkładany stół (jedno i drugie zostało przewiezione osobno) ustawili na parterze, zaś na górze znalazły się: cztery pikowane materace pod najdłuższą ścianą, biały stół ogrodowy i do kompletu cztery plastikowe krzesła oraz dwa taborety, mające imitować stoliki nocne.   
    - Może noc spędzimy tutaj - zaproponował Wiktor.
    - Kiedyś na pewno, ale nie dzisiaj - oświadczyła Weronika.
    - Dlaczego?
    - Bo nie – ucięła żale brata Weronika
    - Chodźcie na taras - zawołała Emilia. - Pogadamy.
    Wzięli po krześle i wyszli na balkon.
    - Opisałam te obrazy – powiedziała. - Patrzcie. - I wyciągnęła do nich zeszyt, w którym wcześniej wyrysowała dziwne urządzenie. Odkryli, że ta trójkątna, odstająca część się obraca i można wskazywać nią litery na tarczy.  
    - Obraz pierwszy – przeczytała Weronika, wyrwawszy uprzednio zeszyt bratu i koledze. – Znaleziony w pokoju Wiktora, czyli chronologicznie, przedstawia sowę, siedzącą na gałęzi o wschodzie słońca. Upierzenie ptaka jest brązowe w białe cętki. Dlaczego nie białe w brązowe? W każdym razie... oczy duże i żółte co widać spod półprzymkniętych powiek. W tle widać osadę albo wieś. A co za różnica?  
    - Możesz czytać bez komentarzy własnych? - Nie wytrzymał Wiktor.
    - OK. Nie nerwuj się tak - odpowiedziała i czytała dalej. - Obraz drugi, znaleziony w bibliotece, również przedstawia sowę, siedzącą na gałęzi. Wygląd ten sam. Ptak ma teraz otwarte oczy i wpatruje się w klucz bliżej nieokreślonych ptaków. Panu z polskiego by się to nie spodobało. - Nie mogła się powstrzymać. - Za sową widoczna wioska. Teraz jest zachód słońca. No teraz następny.   
    - Czemu niby panu Szczebrzyńskiemu miałoby się nie podobać?
    - Bo te twoje wypociny mają tyle powtórzeń i jakoś tak stylistycznie nie podchodzą, że...
    - Dobra, wiemy jesteś świetna z polskiego – przerwał jej Andrzej. - Ale teraz są wakacje. Jedziesz dalej.
    - Już. Obraz trzeci, znaleziony w sypialni państwa Niki. Na pierwszym planie sowa, nie różniąca się niczym od poprzednich, siedzi na gałęzi. Panuje noc, a promienie księżyca oświetlają duży, metalowy, misternie zdobiony klucz po lewej stronie ptaka. Patrzy prosto przed siebie i oglądający obraz człowiek ma wrażenie, że żółte oczy sprawiają wrażenie, jakby starała się coś powiedzieć. Aha, bez komentarza.
    - To właśnie był komentarz.
    - Dobra brat. Już więcej nie będę. Obraz czwarty, znaleziony w salonie. Znajoma sowa siedzi na gałęzi. W tle wioska. Słońce w zenicie. Klucz po prawej, błyszczy w nim. Bla, bla, bla. Trochę skróciłam.
    - Tak jak zawsze - westchnął Wiktor.
    - No już, już. Wszyscy ci bardzo współczujemy, ale teraz akurat próbujemy rozwikłać zagadkę, więc... 
    - Cisza! Normalnie, jak pies z kotem - stłumiła kłótnię Emilia. - Spróbujcie się skupić. Chyba wyraźnie widać, że kluczem są klucze.
    - To na pewno – zgodził się z nią Andrzej. – Ale co znaczą te różne pory?
   - Ja chciałam zaznaczyć coś, co ty najwyraźniej przeoczyłaś - zwróciła się Weronika do swojej przyjaciółki. - Na tym obrazie w nocy jest zima, na tym w środku dnia lato, na tym o wschodzie jest wiosna, a na tym z zachodem jesień.
    - No i co? - zapytał Wiktor.
    - Jak to co? To chyba dosyć istotna różnica, nie uważasz?
    - Dobra – powiedziała Emilia. – Już to dopisuję.
    - Nie myślicie, że jednak powinniśmy sprawdzić co jest za sowami?
    - Andrzej ma rację - zgodził się z kumplem Wiktor. - Dzisiaj popatrzymy.
    - Wracajmy już. Zaraz będzie ciemno. - Emilia wstała i odniosła krzesło. Reszta poszła za jej przykładem.
    Kiedy zamknęli wszystkie okna oraz drzwi i właśnie szli w stronę drabinki, za plecami usłyszeli najpierw szum skrzydeł, a potem dziwny odgłos, coś jakby wyhukane przez sowę „pójdź, pójdź”. Na ten dźwięk odwrócili się powoli, żeby nie spłoszyć zwierzęcia.
    Na balustradzie kiwała się zdenerwowana sowa z obrazów.
___________________________________________________________
Przepraszam za błędy ;)